Zagórzanie - Mszana Dolna i okolice home| mapa serwisu
Dzisiaj jest piątek,
12 marca 2010 roku.

ORKAN - LISTY ZE WSI

 

"LISTY ZE WSI" ...

[Fragment]

XI. BARTEK NĘDZA A PARTIE POLITYCZNE ...

Bartek Nędza (bo takie było iście jego miano) wyzmiatał ze sąsieków do ostatniego ziarnka do zasiewu, ziemniaków do sadzenia od komornicy zborgował, i kiedy z pomocą Bożą i owej komornicy biednej skończył wiesnę, znalazł się z rodziną swoją, nad stan liczną, wobec zupełnego pustkowia w komorach.
Kręcił się koło domostwa, płoty poprawiał, marudził, a łamał sobie łeb nad sposobami, skąd gdzie jaki pieniądz wyrwać, by się z rodziną przez miesiące przednowku przeżywić.
Posłuchował, czy się gdzie poblisce jaki zarobek nie otworzy, ale-ć nic podobnego znikąd nie świtało. Kolej, którą miano od lat w okolicy robić i już coś trzy razy plany pod nią wytyczano, gdzieś w papierach ministerialnych zaginęła. Gościniec, jaki miano przez wsie sąsiednie przeprowadzać, urwał się na samym wstępie - z jakich przyczyn, Bóg i rada powiatowa raczą wiedzieć. O budowaniu jakimś nic też nie słychać było w okolicy. No, słowem: czas się ślebodny otworzył, ino gwizdać. Ku temu jednak mało kto miał wolę, a Bartek najmniej. - Jechać we świat?...
Bo i to pomyślował. - Ale o czym. Grajcara na sól ni ma...
Nic nie mógł w głowie swojej zbawczego wynaleźć.
Aż-ci doszły go niejasne słuchy, iż zapomoga jakaś „ze rządu” ma nadejść, czy nadeszła. - By się w tej materii coś pewniejszego dowiedzieć, zebrał się w jedno rano i poszedł do najbliższego miasteczka w powiecie, gdzie był sąd, składnica Kółek, urząd skarbowy i kościół parafialny.
Naprzódy, jako wiedzący dowodnie, że, mimo rządu i opiekunów ziemskich, od Boga wszystko zależy, wstąpił do kościoła na mszę.
Gdy po skończeniu mszy świętej ksiądz przechodził przez kościół, zauważywszy Bartka bijącego się w piersi, kiwnął nań i zawezwał go za sobą do zakrystii.
Serce Bartkowi uderzyło w radosnej nadziei: że mu o zapomodze ksiądz oznajmi. Jakoż czym prędzej podążył za księdzem i znalazł się tuż za nim w zakrystii. Pocałował go pokornie w rękę, czekając pomyślnej wieści.
- Wyście katolik? - spytał ksiądz.
- No, dy jakże...
- I Polakiem jesteście?
- No, dy tak mówią...
- Toście katolicko-narodowy.
- No, dy jak ta Jegomość uwazują...
- Podpiszcie się - wskazał arkusz na stole.
- To niby natę zapomogę?
- Na jaką zapomogę??... Chcecie być członkiem stronnictwa katolicko-narodowego, czy nie?
- Kiedy ja też, Jegomość, nie wiem, co to.
- To jest stronnictwo pod patronatem biskupim, które skupia ludzi dobrej woli, katolików i Polaków, do walki ze złem.
- Niech Bóg dopomaga ludziom, co na dobre chcą... - rzekł Bartek wymijająco.
- Więc przystajecie?
- Jak se tak Jegomość życzą...
- No, to podpiszcie się.
- Kie ja też pisać nie umiem...
- Zróbcie krzyżyk.
Bartek ujął z pewnym wahaniem za pióro i na wskazanym miejscu naznaczył krzyż.
- Tu macie pouczającą gazetkę „Głos Katolicki”...
- Kie ja też, proszę Jegomości, nieczytelny...
- To se każecie przeczytać takiemu, co umie. Bądźcie zdrowi.
- Z Panem Bogiem ostają...
Bartek wyszedł z zakrystii jak oszołomiony. „Czy ja też dobrze zrobił, czy źle?” - myślał o tym krzyżyku. - „Ale jakże się księdzu opierać”...
Gazetkę schował do zanadrza i poszedł ku rynkowi. Popatrywał, gdzie by się mógł o tej zapomodze dowiedzieć.
Widząc, że do jednego lokalu wchodzą ludzie, wszedł i on za nimi. Zastał tam jakiegoś popanowatego, który rozmawiał z ludźmi i dużo coś dowodził. „Ten bedzie wiedział” - pomyślał se i nabliżył się ku stołowi.
- Wyście ludowiec? - spytał go ów pan.
- Czy ja też wiem...
- Widzicie, moi kochani - zwrócił się ów do obecnych - co to znaczy nieoświecenie polityczne. Każdy chłop, panie-dziejaszku, powinien być ludowcem i stać twardo przy swoim sztandarze. Inaczej, kto się nim zaopiekuje? Kto w czasie klęsk, nieurodzaju, przednowku postara się dlań u rządu o zapomogę?...
Bartek skwapliwie przezwał:
- Toteż już, panie, piszcie, żem ludowiec i że się podaję na dwa metry...
- Jakie metry, czego?
- No, co już przyjdzie: żyto, jęczmień czy kukurzyca...
- Tu się, mój gospodarzu, nie sprowadza zboża; może w Kółku...
- A ja myślał...
- Macie tu gazetkę „Przyjaciel Ludu”. Czytajcie i nakłaniajcie drugich.
Bartek, stropiony, wziął gazetkę i wyszedł z lokalu.
Przystąpił doń pan z naprzeciwka.
- Wyście ludowiec? - zagadnął.
Bartkowi błysła nadzieja: „ten może”...
- No, dy jakże... ludowiec - przytaknął.
- Ale czyście prawdziwy ludowiec?
- No, dyć prawdziwy...
- Bo tamto to oszukaństwo. Macie tu „Sztandar Chłopski”. Trzymajcie się go, a nie pobłądzicie.
- Bóg zapłać. Czy też nie wiecie, panie, ka sie tu zapisuje na ziarno? niby na tę zapomogę...
- Zapewne w składnicy. O - tam.
Bartek, podziękowawszy za wskazanie, skierował kroki w stronę Kółka. Minął sień i wszedł do lokalu.
Lecz i tu nikt o zapomodze pojaśnić go nie umiał. Natomiast pan urzędujący zapytał go z góry:
- Wyście, gospodarzu, narodowiec?
- Dyć tak coś ksiądz dowodził...
- To nic, co ksiądz dowodzi. Czyście, pytam was, narodowy demokrata?
- ...
- Demokrata, jak nie wiecie, to tyle samo znaczy, co ludowiec.
Bartek się poskrobał w głowę.
- No, to ja widzę po was, panie, że muszę już być i ten demokrata...
I wyciągnął rękę po gazetkę, którą mu pan ów podał ze słowami:
- Macie tu „Ojczyznę”, jedyne prawdziwe pismo dla ludu. Czytajcie i podajcie sąsiadom. Z Panem Bogiem.
Bartek wyszedł na rynek. Spytywał się jeszcze tu i ówdzie, czy co o zapomodze „ze rządu” nie wiedzą, ale nikto nie umiał dać mu pojaśnienia. A z południa już słonko się schyliło. Rad nierad, Bartek Nędza zabrał się z powrotem.
W uliczce przed sklepikiem spotkał szewca, który go zagadnął:
- Co to za gazety, ociec, niesiecie?
A przeczytawszy tytuły, wsiadł nań z góry:
- Po coście to kupowali? To wszystko nieprawdziwe. To ino na to drukują, coby was tumanić. Socjalna demokracja jest jedyną przyjaciółką ludu. Chłop powinien być socjalistą. Zaraz się o tym przekonacie...
Wskoczył do sklepu i za moment wypadł z drukiem w ręku.
- Macie tu gazetkę „Prawo Ludu”. Ta was pouczy, jak walczyć o swoje prawo.
Bartek podziękował i poszedł ku wsi swojej.
Idąc, dumał po drodze, rozważał w myśli strapionej, jaki sposób wynaleźć, by przetrwać czas przednówku. Ten dzień, który miał mu przynieść spodziewaną pomoc, nie przyniósł nic, krom zawodu i tej pliki gazet.
- Będą miały dzieci w co elementarze oprawiać...
Wprawdzie dowiedział się przy tej okazji, że jest katolicko-narodowym, ludowcem, ludowcem prawdziwym, narodowym demokratą i socjalistą, lecz pozostał w istocie - jak był - Bartkiem Nędzą. 

***

 Co pisano kiedyś o „Listach ze wsi”… 

Publicystyczne i reporterskie pasje ORKANA ujawniły się najlepiej i najpełniej w Listach ze wsi, których pisania podjął się już w 1901 roku.
J.DUŻYK pisał: „Niezwykle skomplikowana natura twórcza ORKANA odbiła się w Jego publicystycznej pasji odtwarzania w literaturze najbardziej charakterystycznych rysów ludzkich, ich zachowania, sposobu bycia, mentalności a także szkicowania wszechstronnego pejzażu okolic, w których mieszkał. Była to z jednej strony pasja etnografa, miłośnika rodzinnego regionu, ale jeszcze większa pasja badacza codziennego życia, obserwatora kłopotów i trosk, wad i śmiesznostek, pasja urodzonego publicysty i reportera”.
Listy ze wsi to przede wszystkim piękny dokument mocnego związku ORKANA ze wsią zagórzańską, z ziemią ojczystą, zżycia się nie tylko z pejzażem, ale i z problemami, trudem codziennych, szarych dni.
Napisał też w jednym liście: „Ślicznie tu u nas w Gorcach, ale bieda się wlecze za ludźmi po tej ziemi”.
Była to jak gdyby kwintesencja jego myśli o Gorcach - o ich pejzażu i uroku, ale i posępnej wegetacji zagórzańskiego ludu. Pisał, jak widział i odczuwał, i jak chciał, by odczuwali inni. Nie upajał się samotnością, ale przedstawiał autentyczny obraz swojej ziemi, jej odcięcie od świata, co dziś jeszcze, po tylu przemianach, jakie przeszły po drugiej wojnie światowej te okolice, można zauważyć.
S. PIGOŃ pisze smutki w życiu ORKANA bywały różne, z różnych płynęły źródeł. Smutkiem omroczyła twarz poety jego pierwsza piastunka: ziemia ojczysta.
Ziemia rodzinna poety - strojna w uroczne dziwy krajobrazu, wymowna szumem puszcz leśnych i roztok - dla człowieka-tubylca ma łono skaliste, nieużyte. Strome zbocza, upartym karczunkiem wydarte porębom i jałowczyskom, wypłukiwane z chudego humusu przez niezliczone ulewy-naremnice, o glebie kamienistej, wąskie i połogie zagonki niejednokrotnie potem ludzkim muszą być zroszone, zanim wydadzą plon by najlichszy.
A zarazem - wiemy to dobrze - kraj sercu poety najbliższy i najdroższy. Drogim również tym wszystkim, których upartym trudem ziemia ta uprawiana jest z pokolenia w pokolenie...”.
... „I on sam zaznał dobrze ciężkiego przygniotu nędzy. W młodości, już nawet jako szerzej rozsławiony autor, ORKAN warunkami życiowymi nie wyniósł się bynajmniej ponad sąsiadów ojcowych z Poręby...”.
I dalej: „O niedoli wiejskiego bytowania, osnutego wlokącym się smutkiem, mógł młody poeta pisać z własnego niejednokrotnego doznania. Był nie tylko jej obserwatorem, ale i dobrze wypróbowanym wychowankiem...”.
ORKAN udowodnił całym swoim życiem i twórczością, że tkwił głębokimi korzeniami w rodzinnej glebie i całą mądrość literacką i życiową czerpał niemal wyłącznie stąd właśnie... 

***

 powrót

Projekt i wykonanie Remnet Copyright © Władysław Maciejczak 2007 All Rights Reserved