Z historii SYBIRAKÓW 2
Z twórczości wspomnieniowej mgra Piotra ŁABUZA - "SYBIRAKA" z osiedla "WÓJTY" w Mszanie Dolnej...
C Z Ę Ś Ć D R U G A ...
.jpg)
Mgr Piotr ŁABUZ - 1999 r.
Mgr Piotr Łabuz Milicz, 22.04.2001 r.
Ul. A. Mickiewicza 2C/9
56-300 Milicz
Szanowny Pan - dr inż. Władysław Maciejczak - we Wrocławiu.
Z dużym zainteresowaniem i wzruszeniem przeczytałem pierwsze wydanie (z 1993 r.) pańskiego opracowania pt. „ Z dziejów Osiedla „Wójty”- w Mszanie Dolnej”. Jestem Panu wdzięczny za to szczegółowe zrelacjonowanie genealogii rodzin Osiedla, a zwłaszcza - Łabuzów „od wójta”.
Mój ojciec - Józef Łabuz - syn Macieja i Katarzyny ur.18.03.1868 r. w Mszanie Dolnej, a zmarły 10.03.1942 r. w Saryagaczu, obł.(woj.) Czimkient, w południowej części Kazachstanu graniczącej z Uzbekistanem - był bratem
Macieja Łabuza -Wójta Gminy Mszana Dolna. Wynika z tego, że to mój stryj, a ja jestem jego bratankiem. Jest to dla mnie i reszty ocalałej po Syberii i Kazachstanie rodziny - ważne odkrycie pozwalające uzupełnić luki „kto jest kim” w drzewie genealogicznym rodziny z linii ojca (mszańskiej), gdyż wszyscy - jeszcze żyjący (i ci co pomarli) - urodziliśmy się na Podolu, w Kolonii Chudykowce, w powiecie borszczowskim, województwa tarnopolskiego, w gminie Uście Biskupie. Dotyczy to dzieci Józefa z drugiego małżeństwa, zawartego na Podolu dnia 6.02.1924 r. w naszym kościele parafialnym w Mielnicy Podolskiej - miasteczka leżącego w klinie między rzekami Zbruczem i Dniestrem, będącymi wówczas rzekami granicznymi RP.
Ja urodziłem się 12.01.1933 r. w tejże Kolonii Chudykowce i w czasie pierwszej masowej wywózki (10.02. 1940 r.) „szło mi” na ósmy rok życia.
Ojca i Jego dzieje - opowiadane bardzo często przy rodzinnych posiłkach, z wesołymi zazwyczaj wstawkami - pamiętam dokładnie, a jeszcze bardziej samą wywózkę „w druguju obłaśt”(do innego województwa); takim zwrotem „pocieszył” płaczącego starca „kamandir eskorty” złożonej z jednego bojca i paru „susidow” - Rusinów z sąsiedniej wsi Chudykowce.
Wieziono nas po 25-minutowym załadunku na własne sanie zaprzężone w parę naszych koni, przez zaspy śnieżne, w trzaskający mróz - do pobliskiej stacji Iwanie Puste odległej od naszej gospodarki „na Gibryłkach” nad Dniestrem około 4,5 km.
Ta „drugaja obłaśt” okazała się być odległa ok. 10 tys. km - za Obem w Ałtajskim Kraju, w tajdze rejonu Kosicha, w selsowietie (gminie) Kontoszyn na „uczastku” (przystanku) „No 98 w bajkalskom lesapunktie” (jest to nazwa baraku-posiołka i obszaru tzn. lesopowału czyli wyrębu tajgi otaczającej jeziorko z roztopów zimowych nazwane lokalnie „Bajkałem”.
Dzieje wywózki ( czyli XX- wiecznego jasyru) i dalsze losy rodziny Józefa Łabuza po tak zwanej „amnestii” w umowie Sikorski-Stalin (Kazachstan, Uzbekistan, Iran, Indie, Afryka Wschodnia - Uganda i Kenia, a następnie powrót na Dolny Śląsk) pominę w tej relacji - jeśli chodzi o szczegóły- natomiast opiszę to co wiem „z domu” od ojca, matki i starszego rodzeństwa o moim ojcu i jego dziejach jako Łabuza z Mszany Dolnej.
Ten bowiem opis może być małym przyczynkiem do Pańskiego opracowania dziejów Łabuzów z Osiedla „Wójty”, jak też i po części nieznanych w Mszanie losów „Zagórzan”. Mam tu na uwadze tych, których „poniosło w świat” - na Wschód!
Rodzice ojca - Błażej i Katarzyna (ze Stożków) - wcześnie osierocili trzech synów (o córkach nie wiem nic). Mój ojciec, po różnych wędrówkach „za chlebem”, ożenił się z Wiktorią (z?). Po jakimś czasie osiadł we wsi Antoniówka pow. Żydaczów w woj. Lwowskim. Z tejże Antoniówki, w której przed I Wojną Światową był wójtem, wyjechał po raz drugi do Ameryki, przewidując na co się zanosi ( z różnych zarządzeń władz austriackich).
Pierwszy wyjazd miał prawdopodobnie miejsce jeszcze przed „wójtowaniem” - może nawet z Mszany.
Drugi brat ojca mieszkał na stałe w Stanach w Chicago. Imienia jego nie pamiętam. O tym wcześniejszym pobycie wnioskuję z opowiadania ojca o głośnym na cały świat strajku w Chicago i szarży policji na strajkujących manifestantów. Opowiedział nam o nim może i z tego powodu, że był on też i dla ojca osobistym ciężkim przeżyciem - ojciec mieszkał wówczas u brata. Coś temu bezdzietnemu małżeństwu płacił za „wikt, opierunek i dach nad głową”. Bratowa ojca zadowolona była zapewne z dodatkowego dochodu i wszystko w rodzinie układało się dobrze. Józef resztę zarobionych pieniędzy słał rodzinie w Kraju, nie pozostawiając sobie nic na przysłowiową czarną godzinę. Ta godzina przyszła akurat wtedy, gdy pieniądze poszły do Mszany (?) czy też Antoniówki, a w Chicago wybuchł strajk generalny.
Wtedy to okazało się - jakie jest nastawienie (w biedzie) bratowej do szwagra. Ojciec był człowiekiem „honornym”, więc za wszelką cenę szukał sposobności by poprawić humor bratowej - dobrodziejki. Znalazł jakąś okazję z innym „łamistrajkiem”, by coś sobie zarobić przy rozładowywaniu wagonów z węglem. Przy wywożeniu którejś z kolei taczki -zemdlał z osłabienia. Ktoś się nim tam zajął i gdy odzyskał przytomność - przyznał się do swego stanu finansowego i sytuacji życiowej w jakiej się znalazł. Ktoś ze świadków tego wydarzenia pomógł ojcu i gdy strajk minął, wszystko wróciło do normy.
Dalsze dzieje Józefa Łabuza w USA nie będą tu opisywane. Nadmienię tylko, że podczas dwukrotnego tam pobytu poznał Amerykę wszerz i wzdłuż w czasie (w sumie) 12 lat zarobkowania. Proponowano mu nawet obywatelstwo. Wiele się tam nauczył, wiele poznał, wiele doświadczył w tamtym „kotle narodów”.
Dzięki drugiemu wyjazdowi - z Antoniówki - uniknął wojny i może jakiegoś wojowania. Wrócił już do Polski niepodległej, ale rodzina założona z Wiktorią zaczęła być niszczona stopniowo przez gruźlicę.
Józef miał z Wiktorią sześcioro dzieci: Jana, Andrzeja, Franciszka, Marię, Rozalię i Annę. Najpierw zmarła Wiktoria, a wkrótce po niej - Marysia.
Owdowiały Józef z dwoma dorosłymi synami: Janem (nauczycielem) i Andrzejem oraz z pozostałą trójką nieletnich jeszcze dzieci : Rozalią, Anną i Franciszkiem - przesiedlił się na Podole sprzedawszy gospodarstwo w Antoniówce. Nowe miejsce osiedlenia ma swoją lokalną historię powiązaną z „Mszaniakami” i „Zagórzanami”, dlatego poświęcę jej nieco miejsca w tej relacji.
Po ustaleniu granic Polski na wschodzie, po wojnie 1920 r., hrabia Dunin-Borkowski mający dobra ziemskie w klinie między Zbruczem a Dniestrem - granicznymi rzekami RP - zdecydował spolonizować te obszary pogranicza sprzedając swe majątki chętnym (polskim ) nabywcom. Jedna z posiadłości hr. Borkowskiego przeznaczona do tej „parcelacji” położona na płaskowyżu podolskim, 1,5 km od miasteczka Mielnica Podolska (za „mielnickim lasem”) - została sprzedana w 1921 r. „Zagórzaninowi” Potaczkowi i jego bogatym wspólnikom - Musze i Kucharzakowi. Transakcja obejmowała: pałac, staw, park, zabudowania fornalskie, starożytny kamienny spichlerz (grubość ścian =1m), grunta orne, łąki i lasy. Wymienieni nabywcy dóbr rozgłosili z kolei „po świecie”, wśród swoich, o walorach tej ziemi (i jej urokach) i w ten sposób, przez wtórną sprzedaż działek - wyrosła nowa wieś o nazwie Kolonia Chudykowce. Dopiskiem : „Kolonia” odróżniała się od czysto rusińskiej wielkiej wsi położonej na dole przy dużym zakolu Dniestru zwanej Chudykowcami (Chudykiwci).
Tak w skrócie przedstawia się powstanie tu wsi „czysto polskiej”, a ściślej (co do etniczności kulturowej) –„wsi zagórzańskiej”. Jeżeli zaś odnieść ją do „krwi i rasy” - to już wyraźnie innej, bo odświerzanej przez małżeństwa Mszaniaków i Zagórzan z Rusinkami. Odwrotnego procesu w Kolonii Chudykowce nie zanotowano (w całym 20-leciu ani jednego przypadku), co można tłumaczyć rozmaicie. Najprostsze i najstarsze tłumaczenie zawarte jest w krótkim słówku - „morgi”. Ma tu też swój wkład czy udział owa „Ameryka”. Ci, którzy się w niej na krócej lub dłużej „zanurzyli” - doznali (na ogół) pewnej przemiany wewnętrznej. Mam na myśli przemianę - in plus - jeżeli chodzi o stosunek do „obcego” pod jakimkolwiek względem: etnicznym, rasowym czy religijnym.
Tak czy inaczej - biedne (ale urocze)Rusinki awansowały ekonomicznie wychodząc za bogatych „Mazuriw” (tak nas tu nazywano zapewne z braku rozróżnienia kto jest np. Ślązakiem, Wielkopolaninem, Kurpiem czy Mazurem). Słowo „Lach” odnosiło się do „Panów szlachty”.
To tłumaczenie „morgami” nie jest moim wynalazkiem, czy „racjonalizacją”. Wiadomo bowiem, że wśród magnatów i szlachty oraz innych „stanów” sprawami matrymonialnymi. nie kierował wyłącznie Eros. Wystarczy zacytować tu fragmenty różnych utworów, jak choćby: arię Jontka z opery St. Moniuszki „Halka”....- „Przyszedł panicz i dla niego pogardziłaś mną”, czy też kilka wersów z wiersza A. Asnyka pt. „Przestroga”:
... „I będziesz wdzięczna swej matce potem,
Na bal w poczwórnej jadąc karecie,
Żeś poślubiła worek ze złotem..
Dawszy odkosza - poecie...”
Tak więc (cytowane na str.7 „Dziejów” porzekadło Kacpra, że „do białej kapusty nie trza omasty” - ma szerszy kontekst, nie tylko estetyczny. Ma i tu też coś do powiedzenia owa „ekonomia matrymonialna” (nie wolna od chciwości), czyli w odniesieniu do pragnień chłopskich - owe wyrażone dosadnie „morgi”. Wiem teraz coś o tym, bo zagórzańskie zwyczaje i obyczaje przeniosły się wraz z gorsetami, koralami, wstążkami, kolędnikami - z gwiazdą i turoniem - oraz pieśniami i przyśpiewkami weselnymi regionu, zawędrowały aż na Podole, do Kolonii Chudykowce. Kolonii - zamieszkałej przez: Potaczków, Muchów, Kucharzaków, Michalaków, Kuczajów, Rusnaków, Jabłońskich, Niedośpiołów, Nowarów, Wojciechowskich, Szczypków, Kotarbów, Smreczaków, Kaczmarczyków, Piwowarskich, a także i Łabuzów.
Znane przysłowie przypomina, że „kij ma dwa końce”, zatem i owa „ekonomia”, będąca nieraz źródłem osobistych dramatów ludzkich (a także biologicznego skarlenia) - przyczyniła się, z drugiej strony, do odmładzania gatunku i do zmniejszania nędzy - nie tylko „galicyjskiej”. Jeżeli wzbogacony „Zagórzanin” brał sobie za żonę „białą kapustę” z podolskich Rusinek, to tym samym polepszał jej byt, a potomstwo z takiego związku wzmacniało się biologicznie i ze względów genetycznych i też ekonomicznych. W sposób naturalny zmniejszały się też podziały etniczne poprzez związki rodzinne, bez jakichś zamierzonych oddziaływań zewnętrznych, czyli w sposób naturalny ( jak np. w USA).
W tej właśnie Kolonii Chudykowce, w której się urodziłem, dostrzegam dziś, w refleksji nad jej przeszłością - owe dwa końce „ekonomicznego kija”. Uwidoczniły się one w mojej kolonijnej rodzinie Łabuzów (mego ojca oraz jego syna Jana), jak i niektórych innych rodzinach „Zagórzan”.
Po tej dłuższej dygresji wracam do dalszych losów Józefa Łabuza po podjęciu przez niego decyzji przeniesienia się na Podole. Wieść o „Potaczkowej parcelacji” dotarła też do Antoniówki, więc i Józef spodobał sobie nowo powstającą wieś. Kupił na tych gruntach 4 morgi podolskie (1 morga = 56 arów) starego lasu i 20 mórg pól z łąkami. Wykupił starożytny spichlerz i przebudował go na dom mieszkalny, a w obejściu dostawił stajnię i stodołę. Wykopał studnię. W ten sposób powstała nowa gospodarka Józefa na Kolonii. Na 2 morgach przydomowego gruntu założył sad i małą winnicę, a całe obejście poobsadzał orzechami włoskimi i ogrodził je żywopłotem grabowym. W sąsiedztwie tej gospodarki wybudował dom dla syna Jana - nauczyciela - ożenionego z Rusinką Joaśką. Jako wdowiec gospodarzył sam z synami Andrzejem i Franciszkiem oraz córkami Rozalią i Anną. Po paru latach życia „na nowym” gruźlica pochłonęła następne ofiary - Andrzeja, Jana i Franciszka. Z Józefem pozostały dorastające dziewczęta - Rozalia i Anna.
W 1924 r. Józef ożenił się ponownie z Rusinką Franciszką Rudkowską ur. w 1898 r w Czarnokońcach Wielkich. Wziął ją z dwojgiem bliźniąt - Stanisławą i Władysławem, z których jedno (Stanisława) wkrótce zmarło. Franciszka pracowała wówczas jako kucharka na posterunku Policji Państwowej w sąsiedniej Mielnicy Podolskiej. Franciszka - choć analfabetka - okazała się wielce uzdolnioną i zaradną kobietą w różnych dziedzinach. - Będąc „na służbach” od wczesnego dzieciństwa (dziecko fornali z Czarnokoniec) i przechodząc różne koleje losu w wieku dorastania - nauczyła się trzech obcych języków (polskiego, ,czeskiego i rosyjskiego), a pracując wcześniej w Szpitalu Krajowym w Czortkowie opanowała umiejętności położnicze oraz rwania zębów (parę kleszczy, którymi posługiwała się w Chudykowcach, na Syberii, w Afryce i jeszcze po wojnie w Polsce - przechowuję jako jedną z nielicznych pamiątek rodzinnych). Umiała stawiać piece, a chorym - bańki, umiała zabijać świnie i robić różne wyroby masarskie, handlować i wróżyć z kart. - Była wesołego usposobienia - podobnie jak starszy od niej o 30 lat Józef. (p.s. Nie pamiętają tego najstarsze mszańskie ludziska
Jak wesołym człowiekiem był Józef Łabuz -„z brzyska”).
Franciszka miała ponadto dobry słuch muzyczny głos w czym do siebie oboje pasowali, bo Józef był muzykalny i świetnie grał na skrzypcach... Była to- mimo wielkiej różnicy wieku - pod każdym względem dobrana para „obieżyświatów” (z konieczności), ludzi praktycznych i bardzo żywotnych. Utworzyli - nową rodzinę, w której były dzieci: moje, twoje, nasze.
Po śmierci Stanisławy (na dyfteryt) - pierwszym dzieckiem z owego związku była Józia, która też zmarła na jedną z dziecięcych chorób, a następne otrzymywały w kolejności imiona: Tekla, Katarzyna, Piotr-Jakub, Stanisława i Karol (ur. w 1936 r.).
Po wydaniu za mąż (za swoich) - Rozalii - za Jana Szczypkę, Anny - za Władysława Kucharzaka - Józef Łabuz wybudował nową gospodarkę poza Kolonią, na gruntach położonych na lewym wysokim brzegu Dniestru. Było to w roku 1937. Dom ze spichlerza na Kolonii został wydzierżawiony na sklep Kółka Rolniczego. Z tego nowego domu rozciągał się przepiękny widok na wielkie zakole Dniestru, na pola Bukowiny i na rumuńskie lasy na horyzoncie, z za których biła w niebo nocami łuna znad Czerniowiec.
Jeszcze przed rozpoczęciem budowy nowej gospodarki-farmy, ojciec założył tam, na zboczu opadającym ku rzece dużą winnicę. - Marzył sobie tu, na Podolu, Józef z Mszany Dolnej, że po nim będzie na tej farmie gospodarzył Pietrek - pierwszy syn z drugiego małżeństwa - jeżeli nie zechce być księdzem lub adwokatem (mieli podobne marzenia o swych synach i inni chłopi galicyjscy, oj mieli! ). - Niedługo przyszło się cieszyć staremu Józefowi owocami pracowitego życia. W 1937 r. zmarła na „galopujące suchoty” zamężna Anna, pozostawiając dwie sieroty - Marysię i Józię.
W dwa lata później, 17.09.1939 r.(w niedzielę), z za Zbrucza wtargnęli wschodni napastnicy, a 10.02.1940 r, o świcie, po wyznaczonych 25 minutach na zebranie się („sobirajtieś w 25 minut!”), z eskortą kamandira z pistoletem w ręku, jednego „bojca” z karabinem zaopatrzonym w otwarty „sztyk” i paroma „susidami” z Chudykowiec - powieziono nas do eszelonu wagonów towarowych na stacji Iwanie Puste.
W czasie tego „sobirajsia” - po raz pierwszy w życiu widziałem mego ojca - jak płacze. Kamandir rozkazał mu usiąść na krześle i nie ruszać się. Widząc łzy 72-letniego starca, wykonawca rozkazów „Władzy radzieckiej” -„pocieszył go” tymi słowy: „Nie płacz starik, ujeżdajesz w druguju obłaśt” ( „Nie płacz starcze, wyjeżdżasz do drugiego województwa”. Ojciec nic nie rozumiał po rosyjsku, ale mama wiedziała co znaczy owa „drugaja obłaśt”, bo rewolucję bolszewicką przeżyła w Kijowie, a do Polski niepodległej przepłynęła wpław przez Zbrucz, wydostając się w ten sposób z ich „Raju robotniczo-chłopskiego”. Jak się po trzech tygodniach jazdy w owym eszelonie okazało, to „drugie województwo” znalazło się około l0 tys. km w Ałtajskim Kraju, za Obem, w tajgach okalających: dla jednych -Nowosybirsk, a dla Józefa Łabuza z trzema innymi rodzinami z Kolonii -Barnauł.
Podobny los spotkał innych mieszkańców Kolonii ( z nielicznymi wyjątkami). Rozsiano ich po tajgach Sybiru od Nowosybirska po Barnauł.
W wagonie Józefa Łabuza upakowano z Kolonii: rodzinę Smereczaków z Józią i Marysią Kucharzak - sierotami po zmarłej Annie (ich ojciec, zmobilizowany w 1939 r. przeszedł po klęsce wrześniowej do Rumunii), rodzinę Kuczajów i rodzinę Kotarbów. Te cztery rodziny wyładowane na 98 „uczasku”(przystanku) - miały z woli Stalina pozostać tam aż do wymarcia.
Umieszczono je w zapluskwionym baraku pozostawionym przez innych niewolników systemu, budujących tu, przez tajgę, - „sztrekę” prowadzącą w niewiadomym (dla nas) kierunku. 0 świeżości tej „sztreki” świadczył piaszczysty nasyp i żelazne akcesoria pozostawione tu i tam przez budowniczych „żeleznoj darogi”. .
Na tym „posiołku-uczastku 98” zmarła latem 1940 r. pierwsza ofiara zsyłki z tych, którzy tu dojechali - Katarzyna Łabuz. Jej pierwsza mogiłka zapoczątkowała cmentarzyk posiołka pod piaszczystą górką, za roztopowym bajorkiem oddzielającym barak zesłańców od przetrzebionej tajgi. Cmentarzyk ten bardzo szybko rozrósł się z powodu głodu, tyfusu (szerzonego przez wszy i pluskwy) i morderczych „norm” w brygadach „lesopowału”. Jest też na nim jedna mogiła samobójczyni z powiatu Bóbrka (woj. lwowskiego), - robotnicy sezonowej z cukrowni w Hodorowie - matki rodziny Kaczoniów. Szczątki jej ciała zbierały z „żeleznoj darogi” sąsiadka Borszczowa i Franciszka Łabuz. Śmierć nastąpiła zimą 1940/41 r., podczas powrotu z odległego ok. 3 km „uczastka 22”, gdzie było rozgałęzienie torów, mała osada „wolnych” zesłańców rosyjskich, szkoła i poczta. Dramat miał miejsce w śnieżnym przekopie na torach około 300 m. od naszego baraku. Mąż Kaczoniowej zmarł z głodu. Śmierć Kaczonia poprzedziła puchlina głodowa. Małe dzieci z tej wymierającej rodziny zabrane zostały przez „naczalstwo” do „diedsadu” w niewiadomej miejscowości (może w Kosisze lub aż w Barnauł?).
Rodzina Józefa Łabuza zdołała przeżyć do „amnestii" z umowy Sikorski - Stalin (po wybuchu wojny niemiecko- sowieckiej) - tylko dzięki wymienionym wcześniej talentom „niegramotnoj”- analfabetki, żony Józefa –Franciszki. Ją też wybrano na „męża zaufania”, gdy trzeba było jechać do Dyrekcji Kolei w Talmience, by wykupić wagony towarowe z pryczami i „pieczkami” do wyjazdu na nieznane, ciepłe -„południe”. Ona bowiem z całego posiołka znała język rosyjski oraz spenetrowała miejscowości rejonu Kosicha (każdorazowo za przepustką z „kantoru uczastka 98”) w poszukiwaniu żywności dla swojej rodziny u „tubylców”: a to przez powróżenie, a to za postawienie lub naprawę „pieczki”, a to za jakiś „płatok”, „jupku” czy jakąkolwiek rzecz nadającą się do wymiany za wiaderko „kartoszki” czy -„kusok sała” (kawałek słoniny). Zabranymi (w przytomności pośpiechu tych 25 minut podczas wywózki) kleszczami, wyrywała też zęby, za co pacjenci rosyjscy- płacili „co łaska”, ale zawsze w naturze nadającej się do zjedzenia.
W czasie jednej z takich wypraw z dwiema innymi kobietami z posiołka dotarła aż do Barnauł (tylko tam mogła sprzedać kilim). Gdy po trzech dniach nieobecności powróciła do posiołka - naczalstwo nad „uczastkami” zorganizowało na „uczastku 98” sąd pokazowy nad naszą mamą, uznając Ją za „prowodyra” wśród tej trójki polskich matek, bo wszak znała język rosyjski, chociaż „niegramotna”.
„Sąd naczalstwa NKWD” za to „przestępstwo” skazał Franciszkę na kilkunastodniowy areszt, w specjalnie dla niej przygotowanej kajucie baraku posiołka. Po zamknięciu karceru mama dostała ataku serca i kobiety zaglądające tam przez dziurkę od klucza wymusiły alarmem od lokalnego kamandira -Smirnowa, otwarcie kajuty. Jakimiś sobie znanymi sposobami zdołały przywrócić ją życiu i po tym wydarzeniu - drugi „sąd” z lekarką - zawiesił mamie dalsze odsiadywanie kary. Wspominam ten szczegół, gdyż wszyscy z rodziny płakaliśmy, gdy naszą mamę ratowano. Dziś wiem, że bez Ni ej nikt z rodziny Józefa Łabuza nie doczekałby „amnestii” i owego „wyjazdu na południe” i dalej.
Załadowanie wszystkich, którzy przeżyli na tym posiołku, do kilku wagonów odbyło się 10.10.1941 r. i zesłańcy w pierwszych dniach nadchodzącej nowej syberyjskiej zimy (zaczynało sypać śniegiem) - ruszyli na to cieplejsze upragnione południe, gdzie miało się tworzyć Wojsko Polskie.
Po drodze stopniowo kompletował się eszelon z doczepianych wagonów innych „uczastków” i „posiołków” położonych gdzieś głębiej, ale na trasie kolei w Ałtajskim Kraju. Podróż do Azji Środkowej trwała około dwa miesiące. Ostatecznie transport zatrzymano poza Taszkientem, na małej stacyjce o nazwie Kyzył-tu.Wiele ludzi zmarło po drodze w eszelonie. Składano ich w ostatnim wagonie, by ostatecznie znaleźć jakieś miejsce wspólnego pochówku. Zrobiono to właśnie na stepie w pobliżu torów przy wymienionej stacyjce Kyzył-tu. Kto miał jakieś drewienko, deszczółkę, to robił z niej krzyżyk i wtykał w kopczyk mogiły swego zmarłego. Nadmienię tu, że podczas wywózki na Syberię, zmarłych w transporcie zabierali „bojcy” eskorty podczas postojów na stacjach, gdy pobierano (pod eskortą) „kipiatok” (wrzątek) na poszczególne wagony i przydziały węgla do żelaznych „pieczek” na których można było coś ugotować, jeśli się miało wodę i głęboki garnek odpowiednio przymocowany do tegoż piecyka. Zmarli w transporcie też byli umieszczani w ostatnim wagonie, za wagonem eskorty. Wywoływało to wrażenie, że gdzieś, w miejscu zesłania zostaną pochowani. Ten rodzaj myślenia okazał się złudny. Transport podczas przejazdów przez wielkie rzeki zatrzymywał się na mostach i eskorta wyrzucała ciała umarłych z tegoż sąsiedniego wagonu do rzek. Te informacje oparte są na dwóch źródłach: na wymienionych „tajemniczych postojach na mostach” - znanych uczestnikom deportacji z różnych okresów i na zeznaniu „uprzywilejowanego Polaka” spotkanego przeze mnie w Świnoujściu, który w trakcie rozmowy „wspomnieniowej”, pochwalił mi się ( ! ), że był kucharzem w wagonie eskorty i wie dużo o wywózkach, a między innymi o tym co robiono ze zmarłymi „przenoszonymi do ostatniego wagonu”. - Był to Polak utrzymujący dobre stosunki z Rosjanami z bazy w Świnoujściu, mający w tym mieście swój domek, w którym wraz ze starszą kobietą(żoną?) wynajmował kwatery dla wczasów rodzinnych „Gromady”. Chwalił się też, że przedtem mieszkał w Legnicy i polecał mi swego dobrego znajomego lekarza wojskowego, który ponoć znał tajemnice dotyczące radykalnego wyleczenia z łuszczycy. Był to oczywiście lekarz z bazy wojsk radzieckich, więc mimo zachęcającej oferty nie próbowałem korzystać z tych usług byłego kucharza i jego znajomka z Legnicy. Wszelkie tego rodzaju kontakty -choćby najbardziej niewinne- wydawały mi się wówczas bardzo niebezpieczne, a już z tonu samych przechwałek mego rozmówcy wytworzyłem sobie obraz - co to był za „Polak”.
Przybyszy z Syberii rozwieziono podwodami po okolicznych kołchozach ze wspomnianej stacyjki. Rodzina Józefa Łabuza trafiła najpierw do kołchozu o nazwie „Pierwyj Maj”- za lewym brzegiem bystrej rzeki Kieles wypływającej z widocznego pasma górskiego Karatau. Po paru dniach przewieziono ją do innego kołchozu o nazwie „Udarnik”- położonego parę kilometrów niżej na prawym brzegu tejże rzeki Kieles. W podziale administracyjnym kołchoz „Udarnik” należał do rejonu Saryagacz w obłasti Czimkient, a więc do Kazachstanu, mimo że zamieszkiwali go Uzbecy. Co do upraw, był to kołchoz monokulturowy. Jak okiem sięgnąć uprawiano w nim „chłopok” czyli bawełnę. Tu rodziny polskie rozmieszczone w opuszczonych prymitywnych glinianych lepiankach, zwanych z uzbecka „kibitkami”, ratowały się przed głodem łapiąc „bezpańskie” psy, przekopującciężkimi „kitminiami” (duże motyki do kopania kanałów nawadniających) kilkuarowe poletka warzywnicze Uzbeków w poszukiwaniu zagubionego ziemniaka czy cebulki, a także żebrząc w tym i sąsiednim kołchozie u tubylców -muzułmanów. Zanim zorientowano się skąd może nadejść pomoc, wielu przybyszy zmarło z głodu i grasujących epidemii tyfusu, czerwonki i malarii.
Józef Łabuz zmarł na czerwonkę dnia 10.03.1942 r. w Saryagaczu, a reszta ocalałej rodziny uratowała się przy Armii gen. Władysława Andersa rozwijającej się w tym czasie w okolicach Taszkientu (Jangijul i Wrewskoje). Pasierb Józefa - Władysław Rudkowski poszedł na ochotnika do punktu werbunkowego w Saryagaczu i słuch po nim zaginął. Najstarsza córka Tekla, po wyzdrowieniu z tyfusu plamistego w tymże rejonowym szpitalu, w którym zmarł jej ojciec - oddana została do „Junaczek” we Wrewskoje (Centrum Szkolenia Armii), a wkrótce potem, przeniesiona do Karkinbatasz w pobliżu Guzar (zwanego „Doliną Śmierci )... i słuch po niej zaginął.
Piszący te wspomnienia - 9 letni wówczas Piotr, został oddany do „Orląt” we Wrewskoje przy tamtejszym garnizonie, Stanisława i najmłodszy Karol - do sierocińca w tejże miejscowości.
Franciszka Łabuz, mająca dokumenty rodziny wojskowej (ze względu na syna), krążyła w pobliżu Wrewskoje, by od czasu do czasu mieć kontakt z dziećmi w sierocińcu. Handlowała z Uzbekami głowami od śledzi z kuchni wojskowych, z których oni gotowali zupę o nazwie rosyjskiej „ucha”. Po jakimś czasie, dzięki staraniom matki u kapelana garnizonu Piotr został przeniesiony do sierocińca i dzięki temu cała trójka trzymała się razem. Podczas ewakuacji wojska i ludności cywilnej do Iranu (czerwiec-lipiec 1942 r.), Franciszka Łabuz została włączona do transportu z sierocińcem i dzięki uprzejmości lekarki tego sierocińca - została potraktowana jako dodatkowa opiekunka dzieci na czas podróż. Doktor Sawicka powierzyła jej opiece cały wagon, w którym znajdowały się też jej własne dzieci. W ten sposób Piotr, Stanisława i 5-letni Karol wyjechali z Wrewskoje linią kolejową przez Aszhabad (Pustynia Kara-kum) do Krasnowodzka nad Morzem Kaspijskim w Turkmenii - razem ze swoją mamą. Stąd przewiezieni zostali statkiem do portu Pahlevi w Iranie.
W szałasach „czystego obozu” (po odwszeniu i przepisowej kwarantannie przenoszono tam nadających się do dalszej podróży) - na plaży w Pahlevi - junaczka Tekla, opłakana wcześniej przez mamę jako zmarła w Karkinbatasz, odnalazła swoją rodzinę. W trzecim obozie dla ludności cywilnej (OC Nr.3) pod Teheranem dołączyła do reszty rodziny występując tam z „Junaczek”. W tymże obozie rodzina otrzymała pierwszą wiadomość - przez pocztę polową z Iraku, że Władysław Rudkowski żyje.
Dalsze losy rodziny Józefa Łabuza wiodły ją przez tak zwane punkty etapowe, czyli obozy przejściowe na trasie do stałego osiedlenia na czas wojny. Licząc od OC Nr3 pod Teheranem były to: Ahwaz (obóz), Basra (port załadunku), Bombaj (port rozproszenia konwoju z Basry i uzupełnienia węgla i słodkiej wody w postoju na redzie), Karachi (port wyładunku), obóz Malir w pobliżu Karachi, znów Karachi (port załadunku) i podróż przez Ocean Indyjski do Mombasy w Kenii ( port wyładunku), obóz Makindu (krótki wypoczynek po podróży przez Ocean w obozie „tranzytowym”), dalej podróż koleją linią: Mombasa-Kampala z kilkugodzinnym postojem w Nairobi. Tu na peronie dworca - uroczyste powitanie tułaczy przez władze angielskie i polskie z Delegatury RP na Afrykę Wschodnią, suty obiad i obdarowanie cało transportu owocami Afryki, a przed ruszeniem w dalszą podróż hymny państwowe polski i brytyjski, grane przez orkiestrę dętą - murzyńską (ludzie starsi płakali !).
Po opuszczeniu Nairobi - ruszamy w dalszą nieznaną drogę mijając szereg stacji o egzotycznych nazwach jak np.: Gilgil, Nakuru, Rongai, Maji - mzuri, Eldoret, Tororo, Jinja (Dżindża) i zatrzymujemy się na docelowej stacji MUKONO, położonej na skraju „nieprzebytej dżungli”.
Z Mukono autokary przewożą nas drogą-tunelem w owej dżungli do osiedla budowanego dla nas nad jeziorem Wiktorii (Uganda). Osiedle nazywa się Koja (nazwa w języku swahili, czyta się - Kodża). Stanowimy w nim pierwszy transport uchodźców, którzy jeszcze w Teheranie zgłosili się na wyjazd do Afryki Wschodniej (były też zgłoszenia do obozów-osiedli w Indiach). Osiedle Koja było usytuowane na wydłużonym w kierunku Entebe (znany dziś międzynarodowy port lotniczy), górzystym półwyspie z palczastą linią zatok i cypli lądu pokrytych dżunglą. Łączyła go z górzystym lądem w kierunku najbliższej stacji kolejowej (odległej o 36 km) -wąska „szyjka w przełęczy” szerokości około 1,5 km Przy wjeździe na półwysep, w prawo za przełęczą ciągnęło się pasmo gór pokrytych już tylko trawą słoniową i niewielkimi grupkami drzew we wklęśnięciach, kotlinkach. Od strony pełnego jeziora - w kierunku na wyspy archipelagu „Set se islands” rozczapierzone były owe zadżunglone niskie, płaskie cyple będące jakby „cieniami” gór owego pasma lokalnego. Pierwszy cypel odróżniał się od pozostałych tym, że stanowił niezbyt wysokie wzgórze, ze ściętym szczytem i brakiem litego zadżunglenia. Przypominał on miskę z dnem odwróconym ku niebu. Na tej „misce” zbudowano nasze - „Polish settlement Koja”.
Przyjazd do osiedla datuję na koniec lutego 1943 r., jako że załadunek na transportowiec w Karachi odbył się 1.01.1943 r., a podróż przez Ocean mogła trwać w tych wojennych warunkach dwa do trzech tygodni. Statek płynął bez żadnej osłony - zygzakami - dla utrudnienia namiaru japońskim łodziom podwodnym, co z konieczności wydłużyć musiało czas podróży. Pobyt nasz w osiedlu Koja trwał do marca 1945 r. Dla wycieńczonych chorobami tropikalnymi, a zwłaszcza malarią dzieci i młodzieży - Anglicy oddali do dyspozycji władzom polskim nowy obóz szkolno -uzdrowiskowy, przebudowany z nieczynnego już górskiego lotniska wojskowego w Kenii o nazwie „Polish Camp Rongai”, przy stacji Rongai, około 20 km od Nakuru. Zwieziono tam sierocińce z miejscowości malarycznych oraz małe grupki dzieci niemal z e wszystkich osiedli polskich w Afryce Wschodniej: (Uganda, Kenia, Tanganika, Rodezja Północna i Południowa). Z malarycznego osiedla Koja wysłana została mała grupka dzieci, w tym cała rodzina Łabuzów: Piotr, Stanisława i Karol - jako pensjonariusze uzdrowiska, a Tekla i Matka jako personel w charakterze:Tekla - jako pielęgniarka, mama zaś jako kucharka (na początku), a potem jako praczka -po skompletowaniu mieszkańców i personelu administracyjno-opiekuńczo-wychowawczego.Trzon jego stanowiły siostry Nazaretanki (te z Grodna, które zostały wywiezione na Sybir), przybyłe tu z całym sierocińcem (prowadzonym przez nie z Teheranu).
Sierociniec ten przybył do Rongai z osiedla Morogoro w Tanganice i przewieziono go tu po likwidacji całego osiedla malarycznego. Obóz Rongai liczył wraz z personelem polskim około 400 osób. Pozostawiono tu po zamknięciu przebudowy lotniska- niewielką grupę jeńców włoskich, którzy spełniali role: stróżów nocnych, kierowców, mechaników, stolarzy, piekarzy.
Po półtorarocznym pobycie w Rongai - rodzina Łabuzów powróciła - we wrześniu 1946 r. - do osiedla Koja i w kwietniu 1947 r. zgłosiła u władz chęć powrotu do Polski. Powrót trwał 3 miesiące trasą: Kampala-Mombasa (koleją), obóz wyczekiwania na statek UNRA-y na wybrzeżu Nyali w Mombasie, podróż statkiem MISR ( Egipt) przez Ocean Indyjski, Morze Czerwone, Kanał Suezki, Morze Śródziemne do portu Genua w Północnych Włoszech. Po 9-dniowym oczekiwaniu w Genui - dalsza podróż koleją przez Lombardię, Alpy (włoskie i austriackie), Bawarię, Czechosłowację i przez Zebrzydowice do Dziedzic-Czechowic, w których znajdował się PUR i przy nim obóz dla „Repatriantów z Zachodu”. Zarejestrowani w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym - zostaliśmy skierowani do PUR-u w Miliczu na Dolnym Śląsku, a stąd przewiezieni do kompletnie
już zdewastowanego przez fale szabrowników (lipiec 1947 r.) - przysiółka odległego od Milicza siedemnaście kilometrów w lasach nadleśnictwa Kubryk, między wioskami: Łazy Małe i Czeszów. Przysiółek nosił nazwę Poręba. Rodzina Łabuzów wraz z drugą rodziną - Franciszka Wilka, z drugiego osiedla w Ugandzie o nazwie Masindi), z podobnego szlaku tułaczego i Rodziną Szadkowskich, przybyłą z robót przymusowych pod Lubeką, oraz dwiema rodzinami Krawczyków i Więcławów spod Częstochowy - rozpoczęła „gospodarowanie” na ugorach, wśród spalenisk pozostałych 5 numerów przysiółka.
Życie rodziny na „Porębach” rozpoczęło się od oczyszczania studni, ściągania ocalałych desek i dachówek ze spalenisk, usuwania pierza, szkła, i odchodów ludzkich z pokoi w zajmowanych domostwach, zabijania okien deskami, a potem stopniowego ich szklenia kawałkami szkła i tektury, naprawiania i budowy pieców do gotowania, zdobywania łóżek, stołów, krzeseł, uzupełniania na swoich dachach wytłuczonych dachówek (duże szkody w niepopalonych domach wyrządzili tu pasterze z Łazów i Czeczowa wandalskimi zabawami).
Brak siły pociągowej i jakiegokolwiek sprzętu rolniczego musiał być zastąpiony cudzą pomocą - „za odrobek”. W czasie tegorocznych żniw cała rodzina Łabuzów (i nie tylko oni), wynajmowała się do prac żniwnych u zagospodarowanych już na Łazach i w Czeszowie gospodarzy z różnych stron Polski. W zamian za to mogła liczyć na zaoranie własnych ugorów i siew jesienny pod żniwa w następnym roku.
Poręby - były nowym doświadczeniem życiowym rodziny Łabuzów po siedmioletniej tułaczce w szerokim świecie - bardzo szerokim!
Jesienią 1948 r., odnalazł Łabuzów na Porębie Michał Michalak - sołtys wsi Kaszowo pod Miliczem i dzięki jego pomocy - rodzina przeniosła się bliżej miasta, do przysiółka Garuszki (obok Kaszowa), przewożąc podwodami z Kaszowa cały swój dobytek: furę słomy, zboże z omłotów, furę siana, trochę ziemniaków, rzeczy „gospodarstwa domowego” i dwie kozy - żywicielki (podarowane nam na Porębach przez dobrych ludzi).
Sołtysowi Michalakowi, pochodzącemu z naszej Kolonii Chudykowce, jednemu z nielicznych, którego nie wywieziono w czasie naszej (i następnych ) deportacji - rodzina Łabuzów zawdzięcza bardzo wiele. Dzięki wydostaniu się z Poręby mogłem ukończyć LO w Miliczu i pójść na studia we Wrocławiu (a potem w Opolu). Siostra Tekla - pielęgniarka - dostała pracę w szpitalu powiatowym. Siostra Stanisława ukończyła kursy, a następnie szkołę pielęgniarską we Wrocławiu (pielęgniarka dyplomowana), a na miejscu w Miliczu - LO wieczorowe uwieńczone maturą. Brat Karol- ukończył w Miliczu Szkołę Podstawową i (pierwszy w Miliczu) kurs kierowców samochodowych zdobywając zawodowe prawo jazdy. Żadne z tych osobistych osiągnięć dzieci Franciszki Łabuz nie byłoby możliwe, gdyby jej rodzina pozostała na Porębie, wśród lasów, między Łazami a Czeszowem.
W czasie nasilonej kolektywizacji, Franciszka Łabuz zdecydowała się porzucić gospodarowanie na 7ha piasków na Garuszkach ( dziś - Koruszka) i przenieść się do Milicza. Było to w roku 1952.
Na tym kończę skrótowy opis dziejów rodziny Józefa Łabuza z Mszany Dolnej. Jego dzielna druga żona zmarła w Miliczu dnia 6.01.1980 r. i tu jest pochowana na cmentarzu parafialnym. Pozostałe dzieci Józefa jeszcze żyją i mają, jak widać co wspominać. Pasierb Józefa - Władysław Rudkowski wojował we Włoszech na całym szlaku Drugiego Korpusu gen. Władysława Andersa - po gen. Sikorskim - naszego wybawiciela z nieludzkiej ziemi.
Ten zarys dziejów opracował fizyk-emeryt (czyli ani ksiądz, ani adwokat...). Pisanie zakończył dnia 17.05.2001 r. w Miliczu.
P.S. Dla zainteresowanych tym opracowaniem.
Zachowały się niektóre stare zdjęcia rodzinne sprzed II-giej Wojny Światowej oraz oryginały dwóch zdjęć rodziny Łabuzów z Syberii, wykonane na początku lata 1940r., na „Uczastku 98” w Ałtajskim Kraju. Posiadam pierwsze zdjęcie ocalałej rodziny na wolne ziemi irańskiej, z obozu „czystego” w Pahlevi oraz pierwsze zdjęcie żołnierza Władysława Rudkowskiego, przysłane pocztą polową z Iraku do obozu cywilnego Nr 3 pod Teheranem. Mam kilka zdjęć żołnierskich ze szlaku bojowego II-go Korpusu we Włoszech (indywidualne i grupowe brata Władysława z kolegami). Jestem w posiadaniu sporej ilości zdjęć z osiedla Koja w Ugandzie, z obozu uzdrowiskowego - Rongai - w Kenii i kilku (fotokopii) z obozu dla repatriantów w Mombasie.
Posiadam odpisy notarialne aktu zawarcia małżeństwa Józefa Łabuza z Franciszką Rudkowską oraz akt zgonu Józefa Łabuza wykonany w PRL-u na podstawie zeznań świadków. Jest to ciekawy dokument maskujący kraj, w którym zmarł mój ojciec. Podane są w nim tylko nazwy miejsca „zamieszkania” i zgonu w brzmieniu polskim. - Tylko ci, którzy znają język uzbecki i owe miejscowości z autopsji - mogą wiedzieć gdzie przed śmiercią „zamieszkiwał” wówczas i gdzie zmarł Józef Łabuz urodzony w Mszanie Dolnej.
Załączam adres kontaktowy:
Mgr Piotr Łabuz
ul. A. Mickiewicza 2C/9
56- 300 Milicz
***
powrót
|