Zagórzanie - Mszana Dolna i okolice home| mapa serwisu
Dzisiaj jest piątek,
12 marca 2010 roku.

Z historii SYBIRAKÓW 1

  

Z twórczości wspomnieniowej mgra Piotra ŁABUZA - "SYBIRAKA" z osiedla "WÓJTY" w Mszanie Dolnej... 

 

 Mgr Piotr ŁABUZ - 1999 r.


(Materiały do drugiego wydania:
„Z dziejów osiedla „WÓJTY” w MSZANIE DOLNEJ ...)

Wspomnienia mgra Piotra ŁABUZA ...


Spotkanie w Ośrodku Kultury w Miliczu
„Wojenna Tułaczka Piotra Łabuza”
(Głos Milicza nr.27/ 9.07.1999)

"W Milickim Ośrodku Kultury 10 lipca odbędzie się spotkanie z Piotrem Łabuzem, zatytułowane - „Z Syberii do Afryki wschodniej”.

Życiorys Piotra Łabuza może służyć za kanwę do wielu scenariuszy. Urodzony w 1933 roku w województwie Tarnopolskim jako syn rolnika (przedwojennego emigranta z osiedla WÓJTY w Mszanie Dolnej na UKRAINĘ) - gospodarującego na dwunastu hektarach, w 1940 roku wraz z całą rodziną wywieziony został za Ural, do Kraju Ałtajskiego na dalekiej Syberii. Po porozumieniu polsko - radzieckim w sprawie utworzenia armii Andersa, rodzina p. Łabuza znalazła się w okolicach Taszkientu - w straszliwych warunkach, panującym głodzie i epidemiach. Tam zmarł ojciec bohatera. Po znalezieniu polskiego wojska P.Łabuz przejściowo znalazł się w „Orlętach”, później wraz z rodzeństwem trafił do sierocińca. W czerwcu 1942 r. całą rodzinę razem z wojskiem ewakuowano do Iranu. Stamtąd po podleczeniu we wrześniu udali się do Afryki.
Podróż do Afryki Południowej odbyli transportowcem wojennym płynącym z oddziałem żołnierzy polskich. Transport wyładowany został w porcie Mombasa w Kenii, stąd przewieziono ich do osiedla Koja na półwyspie nad jeziorem Wiktorii w Ugandzie. Tu Piotr Łabuz rozpoczął przyspieszoną naukę w polskiej szkole w wieku 10 lat rozpoczynając od I klasy.
Osiedle Koja położone było na terenie malarycznym, wiele wycieńczonych malarią dzieci wytypowano do nowopowstałego obozu szkolno - uzdrowiskowego w Kenii w pobliżu miasta Nakuru. W obozie tym rodzeństwo Łabuzów przebywało do września 1946 roku, po czym powróciło do Koji.
W 1947 roku Łabuzowie zgłosili się do powrotu do Polski. Trasa wiodła przez Mombasę, Ocean Indyjski, Morze Czerwone, Morze Śródziemne, Genuę, północne Włochy, Austrię, Bawarię, Czechosłowację aż do Czechowic -Dziedzic. Stamtąd zostali skierowani do Milicza, zamieszkując najpierw w Porębie, później w Garuszkach.
Piotr Łabuz ukończył szkołę podstawową, następnie milickie Liceum Ogólnokształcące. W 1953 roku rozpoczął studia na PWSP we Wrocławiu, uzyskując stopień magistra fizyki. Piotr Łabuz w czasie swojej pracy zawodowej pracował jako nauczyciel fizyki w jeleniogórskich szkołach średnich, był asystentem w Zakładzie Dydaktyki Fizyki na WSP w Opolu, a także na kieleckiej WSP. Od 1979 roku do emerytury w 1987 roku był nauczycielem fizyki w milickiej SP nr 1, pozostając czynny zawodowo także na emeryturze, pracując jako nauczyciel fizyki i. doradca metodyczny tego przedmiotu. W Ośrodku Kultury wysłuchać będzie można wiele ciekawych szczegółów tej barwnej biografii. "

***


Piotr Łabuz - Koja, Rongai
POLISH CAMP RONGAI
„GAWĘDA DLA SWOICH”
(Biuletyn Towarzystwa „Klubu pod Baobabem” we Wrocławiu - Wrocław, 1996 r.)


...Z Koji wyjechaliśmy w środę popielcową 15.02.1945 r., a w czwartek o godz. 8 - mej rano dotarliśmy do Rongai. Wiedzieliśmy tylko, że jest tam dużo lepszy klimat niż nad jeziorem Wiktoria i kieruje się tam dzieci i młodzież wycieńczoną chorobami tropikalnymi, szczególnie malarią.
Moja rodzina, tzn. mama, siostra Tekla - pielęgniarka, 10-letni Stanisław,8-letni Karol i ja zostaliśmy wytypowani przez panią doktor Kałuską. Razem z nami wyjechali z Koji Tadeusz, Zofia i Stanisław Śliwa (pełne sieroty, matka zmarła w Koji), Felek Pietrzykowski, bracia Berlińscy, Mączyński z mamą.
Obóz w Rongai powstał na początku 1945 roku przy linii kolejowej Mombasa - Kampala, 13 km od równika. Położony był w kotlinie otoczonej pasmem gór z wysuniętym, wygasłym stożkiem wulkanu Menengai, u podnóża którego leżało miasteczko Nakuru. Dziś to trzecie co do wielkości miasto Kenii po Nairobi i Mombasie. Obóz został zorganizowany w budynkach należących do byłego lotniska wojskowego. Dla potrzeb 350-ciorga dzieci i młodzieży i około 80 osób personelu wychowawczego i administracyjno-obsługowego powstała potrzeba budowy nowych obiektów szkolnych i urządzeń, do których wykorzystano jeńców włoskich. Wykonywali oni również prace konserwatorskie i inne. Internat mieścił się w byłych blokach lotniczych (4 dla dziewcząt i 3 dla chłopców), w których mieszkało ponad 30 wychowanków z wychowawcą - w każdym. W oknach były tylko drewniane okiennice, zamykane na noc od wewnątrz. Wielkim dobrodziejstwem dla mieszkańców była woda doprowadzona rurociągiem ze strumienia do wieży ciśnień, a następnie do wszystkich pomieszczeń, co miało duże znaczenie przy suchym i gorącym klimacie.
Jedną z pierwszych grup przybyłych do obozu była grupa z Koji. Mama moja pracowała jako kucharka, a siostra Tekla w ambulatorium. Po nas przyjechał sierociniec z Morogoro (z Tanganiki) z całym personelem opiekuńczo-wychowawczym, który stanowiły siostry Nazaretanki. One prowadziły sierociniec od Teheranu. Posiadały wszystkie specjalności, od umiejętności gotowania poprzez usługi szewskie do pełnienia funkcji wychowawcy i nauczyciela. Przykładem może być siostra Veritas, siostra Celina, siostra Alma. Z nimi przybyła również dr Aleksandra Podhajska z dwoma synami: starszym Olgierdem (zmarł na paraliż postępujący i został pochowany w Nakuru) i 7-letnim Markiem. Z panią doktor w ambulatorium pracowała moja siostra Tekla i zakonna siostra Bogdana.
W niedługim czasie przybyły następne grupy dzieci i młodzieży z Masindi, Tengeru i niewielkie ilości z Lusaki, a nawet pojedyncze osoby z różnych osiedli, np. Henryk Liwszyc i Janusz Prohaska.
Dzień powszedni, zarówno dla dziewcząt jak i dla chłopców, zaczynał się pobudką, potem gimnastyka, ścielenie łóżek (w kostkę), czynności higieniczne a następnie na placu zbiórek wspólna modlitwa zakończona pieśnią. Przed i po każdym posiłku oraz przed lekcjami i po lekcjach również odmawialiśmy modlitwy. Zajęcia lekcyjne trwały do obiadu, z półgodzinną przerwą na drugie śniadanie. Po obiedzie obowiązywało leżenie z nasączonymi w herbacie wacikami na oczach. Po odrobieniu lekcji był czas wolny, wykorzystywany na zajęcia sportowe, lekturę, zbiórki harcerskie itp. Po kolacji była kąpiel i przygotowanie się do snu, gdyż zmrok zapadał wcześnie - o godzinie 18.00.
W niedziele i święta spaliśmy o godzinę dłużej, a czas wolny wykorzystywaliśmy na zajęcia świetlicowe, w tym pierwsze potańcówki przy patefonie „na korbkę”. Były również wypady do pobliskiego buszu, na murzyński bazar, do sklepu Hindusa. Gdy wracaliśmy ze sklepu - małe Murzyniątka wołały „Leta tamu tamu” (dajcie nam słodycze).
W pamięci utkwił mi mecz piłki nożnej naszej mieszanej polsko-włoskiej drużyny z drużyną Hindusów w Nakuru. Niezapomniane są jednodniowe wycieczki organizowane przez druha hm. Hieronima Szumowskiego, księdza Fryderyka Górkę, geografa Romana Bakunę - w okoliczne góry. Towarzyszyły nam siostra Veritas, siostra Celina i inni. Był też wypadek zgubienia się jednej z grup i tylko dzięki nadawanym sygnałom świetlnym z wieży ciśnień udało się im powrócić do obozu. Niezapomniana była również wycieczka włoską „lorą” do krateru Menengai. Pozostawiła duże wrażenie. Z innych wydarzeń utkwił mi w pamięci fakt ucieczki z obozu Piotra Kowalczyka, Staszka Luli, Sobolewskiego, Gienka Mihułki, Tadka Śliwy, a czym to się skończyło dla nich - myślę, że sami zechcą o tym opowiedzieć.
Pamiętam również pożar sawanny, który zagrażał obozowi. Do gaszenia rzucili się wszyscy mieszkańcy, za co otrzymali pochwałę od kierownika Sandersa. Zabawna była również historia budowy tamy nad strumieniem przy pomocy ściętych eukaliptusów, co znalazło swoje odbicie w lokalnej prasie farmerskiej (zabrakło im wody).
Bardzo uroczyście obchodziliśmy wszystkie święta religijne i narodowe. Część artystyczna była prezentowana nie tylko w osiedlu, ale także dla okolicznych mieszkańców i w mieście Nakuru.
Częstym gościem obozu był ksiądz Wł. Słapa - Góral ze swoim wilczurem Bacą. Brał udział w grach sportowych, a także opowiadał różne historyjki góralskie. Nie sposób zapomnieć uroczej i milutkiej Francuzki Żorżet, która uczestniczyła w życiu szkolnym i obozowym.
Do dziś pamiętam nie spełnioną obietnicę angielskiego komendanta obozu p.Williamsa, który przyrzekł, że po wylądowaniu jego syna - pilota RAF-u będziemy mogli obejrzeć z bliska samolot. W tym celu rozpaliliśmy ogniska na długim pasie startowym. Wprawdzie samolot nadleciał i dokonał kilka okrążeń, lecz nie wylądował. Ja byłem zadowolony, bo po raz pierwszy widziałem duży samolot, lecący tak nisko...

***

powrót

Projekt i wykonanie Remnet Copyright © Władysław Maciejczak 2007 All Rights Reserved