Wspomnienia z okresu okupacji hitlerowskiej
Wspomnienia Stanisława ŁABUZA - Górala-ZAGÓRZANINA
z osiedla "WÓJTY" w Mszanie Dolnej ...

(przebywającego od roku 1949 na powojennej "emigracji" - na tzw. Ziemiach Zachodnich)
Część druga – okupacja hitlerowska - 1939-1945 ...
Pierwszy dzień wojny. Pasłem krowy, nic ciekawego do południa się nie działo. Na moście Władek Łabuz pełnił wartę cywilną, mając jeden karabin z austriackich czasów. Jak później wspominał, o zmroku przymierzał się użyć tego karabinu, zauważając nad mostem jakieś postacie ruszające się. Byłem to ja, gdy normalnie wieczorem pędziłem jak co dnia woły do rzeki Mszanki celem napojenia ich po pracy. Na szczęście zostałem rozpoznany przez jednoosobową wartę obrony mostu w Mszanie Dolnej na rzece Mszance. Władek mostu nie obronił, ale karabin zabrał, o czym wspomnę później. Przed wieczorem przez most przejechało Wojsko Polskie. Jechali od Mszany na Myślenice -Kraków, obserwowali ich cywile miejscowi, pozdrawiając: „Niech żyje Wojsko Polskie!".
Najgoręcej pozdrawiał ich Szmid, o którym już wspomniałem, a jego tak majątek, jak i zabudowania usytuowane były przy samej szosie i przy moście. Pogoda w tym dniu jak i w następnych była bardzo piękna, identyko jak obecnie w roku 1999, ciepło i sucho. Noc z piątku na sobotę była spokojna. W drugim dniu wypędziłem bydło jako służący u sąsiadów, normalnie, jak zawsze, na wspólne pastwisko zwane „Mocarz", co uczynili też pozostali sąsiedzi, ale już od rana szosa w kierunku Krakowa, tzw. gościniec robił się coraz ruchliwszy. Wojska więcej nie widziałem, ale cywile furmankami zaczęli stanowić duży ruch.
Gdzieś koło godziny l0-tej Józefa Stożek, córka Kazimierzowej z Tetaizby podeszła do naszego pastwiska i rozpaczliwym głosem, ile miała sił, krzyczała do swego męża, który orał pole dwiema krowami na tzw. „Snósce", aby uciekał czym prędzej do domu, bo Niemcy puszczają gazy. Jędrek jej nie bardzo wiedział, o co chodzi, nie spieszył się zrezygnować ze swojej pracy, toteż ponaglała ten krzyk ponownie, zaś my otrzymaliśmy sygnał z pagórka, już nie pamiętam od kogo, machanie ręką, aby pędzić bydło do domu. Kolejno spędzaliśmy bydło na drogę wiodącą do domu, mając widok na szosę, gdzie już tworzył się popłoch. Ludzie jadący na furmankach lub uciekający pieszo rozpierzchali się do najbliższych zabudowań i jak mogli, to kryli się pod ściany tych zabudowań, bo będą puszczać gazy. Strach nie ominął i nas, pasących bydło, przyspieszyliśmy tempo i do domu. W domu już zamykali okna, wieszając na nich mokre szmaty i kolejno zaopatrzono każdego w mokrą szmatę celem założenia na usta w razie potrzeby. Liczono, że lada chwila samolot rzuci gazy. Mną zajęła się matka, bo było po sąsiedzku i z kilku z innymi mężczyznami udaliśmy się na najbliższy pagórek zwany Kiecorą, a była tam obok kępa z zaroślami drzew. Pagórek, według wiedzy w rym czasie, miał chronić przed gazami, które to gazy z doliny miały nie podchodzić na pagórki. Po godzinnym oczekiwaniu, gdy nic się nie działo, w końcu nadleciał samolot, ale bardzo wysoko i pojedynczy. Nie wykonywał żadnych podejrzanych czynności, przejechał i pojechał. Po odlocie samolotu wróciliśmy do domu, gdzie tak sąsiedzi jak i moja rodzina byli w domu i rozmyślali, co robić dalej, gazu nie było. a jak się dowiedziałem w 1985 r., wspominając te czasy z kolegą z ławy szkolnej, źródłem tej „informacji" był samochód z V Kolumny, jadący od Rabki Zdrój w kierunku Myślenic i siejący propagandę o puszczaniu gazów, wywołując panikę wśród ludności cywilnej.
Gdzieś koło godziny 14°° lub 15°° w tym dniu momentalnie nadleciały samoloty, czarne, skrzydlate, z wielkim hukiem. Kto gdzie mógł. to uciekał, ja zdążyłem wpaść pod dużą gruszę. Huk tych samolotów był przestraszający, tym bardziej, że leciały bardzo nisko, samoloty te siały popłoch, tnąc z karabinów maszynowych i zrzucając bomby, ja spod gruszy uciekłem do wąwozu, kiedy po ogromnej grusz, za stodołą usłyszałem świst pocisków po liściach. Samoloty przeleciały tam i zpowrotem i nastąpiła cisza. Efektem tego nalotu, jak mi wiadomo były dwie ofiary śmiertelne w Mszanie, zaś najbliższa bomba małego kalibru eksplodowała około 100 m od mojej gruszy, a mój kuzyn Władek M., będąc przed swoim domem, na skutek wybuchu kilku bomb obok jego domu doznał szoku, tracąc nawet mowę, którą później odzyskał, ale pozostał mu na całe życie ślad - pewne zaburzenia mowy.
Po odlocie samolotów nastąpiło pakowanie się do ucieczki i opuszczenia domów, a co do samolotów to legionista Józef Łabuz (Łabuzów w tym osiedlu było 6 rodzin) zawsze powtarzał, że w I wojnie, w której brał udział, najgorsza broń to były samoloty i mówił, żeby ten z piekła nie wyszedł, co wynalazł samoloty. Młodzi mężczyźni postanowili uciekać przed nawałą pieszo w kierunku na Kraków. Dwóch sąsiadów, będzie uciekać furmankami, starsi i reszta pozostaną na miejscu.
Opuszczając domy, postanowiono zakoczować na Słotwinie Było to drugie wzniesienie w kierunku lasu góry Lubogoszcz z ładną dolinką, w której zbiegały się dwa potoki. Teren niewidoczny z szosy, zaś dobra obserwacja tak na szosę i zabudowania jak i most. Kończyły się tu pola uprawne a zaczynał się las. Matka już od roku jako wdowa z dziewięciorgiem dzieci (bliźniaki 14 dni po śmierci ojca), skorzystała z pomocy od Andrzeja Łabuza jako sąsiada; mając małą kobyłkę, wywiózł jej wozem trochę ciuchów i coś do jedzenia.
Tak więc w drugim dniu wojny kilka rodzin koczowało nad potokami na Słotwinie pod pięknie gwiaździstym niebem oczekując, co dalej - tam na Słotwinie po raz pierwszy w życiu jadłem konfitury z wiśni czy ze śliwek, już nie pamiętam, a poczęstował mnie Władek Łabuz pilnujący mostu. „Zdobył" je u Szmida przy moście. Szmidowie, jako rodzina pięcioosobowa, uciekli jak inni, zaś Władek, mając dalej karabin, bo nie było komu go zdać, penetrując po rodzinie Szmidów ich pomieszczenia, zabrał słoje z konfiturami i nas częstował, a smakowały znakomicie.
W miejscu tym znalazło się prawie całe osiedle Wójty, bo taka nazwa osiedla, a nazwiska to - Łabuzy, poza ludźmi spędzono też zwierzęta, to jest krowy, woły, psy. W domach pozamykano mieszkania, pozostawiono jedynie w chlewach świnie, była i koza razem z nami - państwa Grzesiaków. Porobiono w głębinach tego potoku prowizoryczne legowiska, aby się jakoś ułożyć i przespać. Matka z dziewięciorgiem dzieci, najstarsze 15 lat, a dwoje najmłodszych nie mające jeszcze roku, nie załamała się i jakoś dawała sobie radę.
Nadszedł trzeci dzień wojny, chyba była to niedziela, do południa po zdrzemniętej nocy było spokojnie, jedno co ludzie uciekali, aby przed frontem, szczególnie młodzi chłopcy, uciekał też pojedynczy żołnierz Wojska Polskiego, który zahaczył o nas i dodał otuchy, że Francja w tych dniach wyda wojnę Niemcom i wojna długo nie potrwa, ale to były jego przewidywania. Uciekł też Józek Łabuz, u którego służyłem, pozostawiając rodzinę - żonę w ciąży, matkę i stryja, którzy pozostali z nami.
Wojsko przygotowało most do minowania. Po południu trzeciego dnia wojny zaczęło się już na dobre zbliżanie frontu, przed wieczorem pamiętam spadający pocisk na Zarabiu, dokąd była dobra widoczność z okolicy, z tak zwanego „działu". Niemcy zbliżali się od strony Rabki.
Zaczęło się palić na Rabie, o zmroku już paliły się domy u Syntyrza w Mszanie, palił się tartak w Kasince Małej, ale tartak nie wiem z jakiej to przyczyny się palił, bo jeszcze front tam nie dotarł, chyba że od Lubnia podeszli tam Niemcy. W tej sytuacji wszyscy schroniliśmy się w potoku. Obserwację prowadził Łabuz Józef, legionista z I wojny. Nadeszli Niemcy, już całkiem ciemno, ale noc pogodna, usłyszeliśmy serię z karabinu maszynowego, terkot tego karabinu pamiętam do dziś, była to jedna seria, ale skąd i jak podeszli Niemcy, już nie pamiętam, pamiętam tylko jak legionista pokazywał ślady kuł na świerku. Dziwnym zjawiskiem było to, że po ostrzale tym ani żaden dzieciak nie zapłakał, ani żaden pies nie zawył, taka była cisza wśród zwierząt tam będących, jak i cisza ludzi. Mam na myśli małe dzieci. Po ostrzale słychać było turkoty czołgów i samochodów, gdzieś w nocy wszystko się uspokoiło i do rana była cisza.
Rano poszedłem, gdzieś koło godz. 8°°, z siostrą młodszą na dział użąć sierpem trochę koniczyny dla krów. Trzeba było pójść w miejsce, gdzie z szosy była widoczność. W czasie zbierania tej koniczyny zaterkotał karabin maszynowy gdzieś koło Szmida, na szosie, a nad nami zaświstało parę kulek, ale nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, a ciekawiło nas to, co było wokół szosy, a były tam samochody pancerne i czołgi rozstawione na polach i umaskowane gałęziami. Wzięliśmy się za pasienie bydła, pasąc je tak, aby nie było widoczne z szosy, akurat były takie zakola i las, że były dobre warunki do maskowania. Mimo że więcej strzelaniny nie było, gdzieś koło godziny 11-tej nastąpił silny wybuch koło mostu. Wyjrzeliśmy z pagórka, a to wraz z wybuchem paliły się już zabudowania Szmida Henryka, palił się pensjonat nowo pobudowany jak i stary dom. Obserwując ten słup ognia można przypisać jako cud, że nie zapaliły się nasze obejścia. Siedem domostw wraz ze stodołami było kryte słomą, odległość do 100 metrów i nie zapaliły się nasze obejścia, a dzięki cichej i słonecznej pogodzie uratowały się nasze domy.
Po południu tegoż dnia, pasąc krowy, ja i Michał, służący na Brzysku u Józefa legionisty, zauważyliśmy kilku żołnierzy niemieckich, idących w naszym kierunku z karabinami gotowymi do strzału. Michałowi kazali podnieść ręce do góry i obrewidowali go, miał przy sobie sznurowadła, nici i jakieś tam drobiazgi, na migi pytali, skąd to ma, a on naszabrował u Szmida w sklepie i tak nosił przy sobie. Wytłumaczył, że od Szmida. Do mnie się nie czepiali, byłem chyba za mały. Podeszli do lasu. Parę razy na skraju lasu, pamiętam, padali na rozkaz i wstawali z gotową bronią do strzału, w końcu zeszli do potoku, gdzie wszyscy byli. Na szczęście pani Grzesiakowa znała język niemiecki (będąc sporo lat w Niemczech). Zapytali, co my tu robimy, zapytali ją, czemu ma krew na fartuchu. - A bo akurat zabiła kaczkę, żeby coś zjeść. - W końcu zapytali ją, kto tu w lesie strzelał, nie wiedziała, bo skąd, w rozmowie tej powiedzieli jej, żeby wszyscy wracali do domu, a w razie jak ktoś będzie jeszcze strzelał w tym lesie, to nas oni wystrzelają, dali ostrzeżenie. Okazało się, że Władek Łabuz, mając karabin z mostu, łażąc po lesie, wyszedł na skład w Lubogoszczy i tam sobie wypalił ze dwa razy, echo w górach dobre, to i Niemcy usłyszeli. Władek więcej nie strzelał, a my powróciliśmy do domów w czwartym dniu wojny. Szczęśliwi o tyle, że domy zostały całe. Widok czołgów i samochodów robił swoje wrażenie, ale we wtorek wszystko wyjechało - w kierunku nie na Kraków, a na Limanową.
Pomału życie wracało do normy, przy moście leżały dwa konie wojskowe zabite, ale sam most był lekko uszkodzony i był sprawny do przejazdu. Był to nowy most z dębowego drzewa, wybudowany przez wojsko po słynnej powodzi w 1934 r., którą dobrze pamiętam. W polach zboże stało w kopach, bo większość gospodarzy nie spieszyła się ze zwózką do stodół ze względu na niespokojny czas. Były to tradycyjne kopy związanych snopków zboża, układane wokół tak zwanej „ostrwi", mogły stać bezpieczne w polu do jesieni i w dowolnym czasie być zwożone do stodół.
Stopniowo wracali uciekinierzy przed frontem, wrócił także po dwu tygodniach Józek Łabuz młody; zaszedł pieszo z Mszany aż do Mielca i pieszo wrócił, a miał co opowiadać, bo i kawał drogi przemaszerował. Poza cywilami, trochę później, wracali do domu żołnierze z Wojska Polskiego, którzy bądź uciekli z niewoli, bądź w inny sposób, jako rozbici, wracali do domu. Wrócił, co pamiętam, Jasiek Ciężadlik z Lachówki, Stefan Łabuz od Leśnioka, Jasiek Łabuz z Zorąbków, Jasiek Łabuz, nasz sąsiad spod Kiecury, wrócił wujek jeden i drugi, Stanisław Maciejczak i Wojciech Pierun, byli ci dwaj ostatni jako rezerwiści z mobilizacji, zaś pozostali jako czynna służba.
Na powroty oczekiwała każda rodzina, gdzie kogo brakowało. Wrócili też Szmidowie do domu, gdzie zastali tylko zgliszcza swojego dorobku chyba dwóch pokoleń, nie wrócił z ich rodziny Janek Uryś, gdzieś zaginął bez wieści. Urysie, bliska rodzina Szmidów, mieszkając w centrum Mszany Dolnej, przyjęli do siebie całą rodzinę Szmidów. Według opowiadań tych, co powracali, Niemcy rewidowali furmanki, a nie wolno było mieć nawet brzytwy przy sobie, uważali że i to jest broń. Wspomnień i wrażeń było dużo, bo każdy coś przeszedł i, jak wspomniałem, także moi dwaj wujkowie. Jeden uciekł z niewoli niemieckiej, drugi Maciejczak, który dotarł do domu dopiero w październiku z niewoli rosyjskiej i najwięcej wspominał o trudnościach przekroczenia Sanu, a jako że w cywilu był pocztowcem, w wojnie służył jako łącznościowiec.
A więc zaczęła się okupacja. Pierwszym ważniejszym zarządzeniem administracji niemieckiej w Mszanie Dolnej było utworzenie Urzędu Gminy, który nie urzędował w starym budynku gminy, a przeniesiono go do budynku, gdzie był sklep mięsny Jani, czyją to własnością był. już nie pamiętam. Polską policję utworzono od nowa, ale z 2-ch tych policjantów, co służyli przed wojną, zaś przy gminie był jeden policiant gminny, Władek Malec. Jego zadaniem było w każdą niedzielę przed kościołem, z wysokości schodów przed domem grabarza, po wyjściu ludzi z kościoła, odbębnić na małym bębenku sygnał do wysłuchania zarządzeń gminy. Na czele gminy Niemcy usadowili Władysława Gelba, mieszkańca Mszany, ale władającego językiem niemieckim i ukraińskim. Wstąpił on do Gestapo i był postrachem miejscowej ludności, ale kariery nie zrobił, bo w roku 1943 zastrzelił w swoim mieszkaniu innego gestapowca, którego dobrze zapamiętałem ze względu na jego brutalność wobec ludności polskiej, szczególnie w ściąganiu kontyngentów. Ten z pochodzenia był Czechem, zginął w Mszanie od swego kolegi. Po tym wydarzeniu po burmistrzu Gelbie ślad zaginął, zbiegł do góry Lubogoszcz i do dnia dzisiejszego nie ma śladu, co z nim się stało, uciekł i koniec.
Pierwsze zarządzenia, jakie pamiętam to były, aby wszyscy mieszkańcy zdali do punktu w Mszanie żarna - młynki ręczne do przemiału zboża (akurat ojciec mój przed śmiercią kupił nowe żarno, w mojej obecności, na rynku w Mszanie, w sklepie u Grabowskiego i - następnie - zakaz używania maśniczek do robienia masła, kto posiadał aparat radiowy, też musiał go oddać.
Jesienią 39 r. pojawiły się duże plakaty z wizerunkiem płonących zabudowań koloru czarnego z dużym napisem „Anglio, to twoje dzieło". Afisz ten wisiał przy dworcu kolejowym w Mszanie na płocie.
Czas leciał. Ludzie przygnębieni, a z ludnością żydowską postę-powano bezlitośnie. Do Mszany, nie pamiętam czy był to rok 40 czy 1941, doszedł transport ludności żydowskiej, przywieziony z Żyrardowa. W Mszanie urządzono getto. Niezapomniane moje widoki, jak Żyd z Poręby, pędzony przez Niemca mundurowego, miał na twarzy cały siniec od bykowca, którego Niemiec trzymał w garści, prowadząc na posterunek, akurat spotkałem ich na rynku, przewinienie - nie miał opaski z gwiazdą, które musieli nosić Żydzi w Mszanie, drugi niezapomniany mój widok, jak wynędzniali Żydzi razem z nami odgarniali śnieg na szosie, zmarznięci, słabo odziani; pamiętam, jak przyszedł Żyd do sąsiadów, gdzie służyłem, prosił o jedzenie, ale nie czekał, po-zaglądał do garnków - w jednym były postne kartofle, ile było, tyle zjadł, zaś pamiętam jak z transportu z Żyrardowa osiedlili ich w dwóch willach u Malca i u Rożeńsztoka na Lachówce, u Malca mieli kuchnię polową na dworze, zaś do ubikacji były nieraz kolejki, bo była tylko jedna i to na dworze, następnie, do dziś widzę, jak fryzjer Polak szedł z Niemcem celem ostrzyżenia Żydów i Żydówek tak z włosów na głowie, jak i w miejscach intymnych, ładne Żydóweczki nosiły chusty na głowie, bo nie miały włosów.
Do Mszany przyjechał też transport ludzi z Poznania i Poznańskiego, osiedlano ich w Mszanie i Kasince Małej, byli wysiedlani przez Niemców z różnych powodów, jak opowiadali.
Wobec napływu w te okolice ludzi z innych terenów, zaczął się szerzyć głód. Powodem głodu był nie tylko napływ ludzi z poza terenu, ale i nie dostarczanie żywności na Podhale transportem kolejowym i nałożenie na ludność miejscową kontyngentu tak zbożowego, mlecznego, jak i mięsnego. Za nie wywiązanie się z nałożonych kontyngentów groziła kara obozów koncentracyjnych, a, jak często głosił Władysław Malec przy kościele, kara śmierci. Toteż żywiliśmy się jak popadło, nocami chodziłem mleć na żarnie w ukryciu, to na Lachówce u Cieżadlika, to u babki u Swoka ukradkiem kręciło się mąkę na podpłomyki, pieczone na blasze, aby czymś się pożywić. Nie zapomnę, jak starszy pan, wysiedlony z Poznania, mieszkający na Lachówce, smykał kłosy żyta dojrzewającego, aby się pożywić. Głód ten panował w latach 1940-43, codziennie na przednówku wędrowali ludzie za ziarnem i ziemniakami od chałupy do chałupy, oferując w zamian albo wyroby chałupnicze, albo zdobyte materiały.
Trzeba zaznaczyć, że nie wszyscy oddali żarna, co ułatwiło nam korzystanie po znajomości z tego dobrodziejstwa. Młyn u Szynalika za Rabą był czynny i Niemcy zastosowali karty przemiałowe na rodzinę, ale były to znikome ilości, raz, a po drugie, nie było co mleć na żarnach, a co dopiero we młynie.
Ludzie coraz to lepiej radzili sobie w biedzie, żywiliśmy się owsem. Wojtek Jamroz spod Świątkówki zrobił swoim sposobem mały młynek na wodę, w którym obrabiał owies na owsiankę. Z zaparzonego owsa po wysuszeniu i poddaniu go obróbce, otrzymywało się owsiankę, która smakowała dobrze z mlekiem. Wspominając o głodzie - przyczyną było też zabieranie bydła przez Niemców. Przy gminie był tak zwany Targowy, osoba, która wyznaczała co tygodnia na spęd odpowiednią ilość bydła. Spis bydła i zakolczykowanie każdej sztuki kolczykiem z numerem na uchu umożliwiało Targowemu dokładnie prowadzić rejestry bydła, ostatniej krowy nie zabierano.
Pod koniec wojny z żywnością było już lepiej, już mój kolega z okolic Gostynia, wysiedlony do Guberni wraz z ojcem, a mieszkający w Kasince Małej mógł być syty jak też my wszyscy, przyczyną tego był dowóz mąki tak koleją jak i furmankami z okolic, gdzie urodzaje były lepsze, a nie sposób pominąć w tym Gocała, który handlował mąka w Mszanie. Mając dwa konie, woził całymi wozami z okolic Krakowa. Niemcy już nie ścigali za handel żywnością, jak na początku wojny, kiedy rewizje w autobusie jeżdżącym z Mszany na Kraków były częste, a jajka czy słonina były rekwirowane i ludzi karano w różny sposób.
Uciążliwe było także oddawanie mleka - wyznaczoną ilość musiało się oddać do mleczarni, nosiłem to mleko co drugi dzień jak popadło. Tadek Klimek i Kazek, jego brat, znajomi ze szkoły, pracowali w mleczarni. Aby wykonać normę, nieraz dolało się wody przechodząc przez potok pod Szklanówką; aby nie podpaść za rzadkie mleko, należało zaobserwować, czy pobierana jest próbka w tym dniu. W razie czego, nie dawano w tym dniu mleka, robiło się to rzadko, ale musiało się kombinować, aby normę wykonać. W taki sposób podpadł Józek Dudzik z Łostówki, kolega szkolny i dostał trzy miesiące obozu, robił w Nowym Sączu na kolei.
Kiedy oddawałem len i koniczynę czerwoną suszoną, bo i to było objęte kontyngentem, podszedł do wagi ów gestapowiec, o którym wspomniałem, ten, co zginął od Gelba, powsadzał rękę do snopków tak lnu jak i koniczyny i coś poszwargotał; pytam wagowego, o co mu chodzi, mówi, że gdyby znalazł kamienie wewnątrz snopków, to by mnie zastrzelił na miejscu. Na szczęście nie było tam kamieni, ale taki zamiar kojarzył się we mnie, aby tego dokonać.
Nie sposób też pominąć kolejek, jakie tworzyły się przy sklepach. Chleb był na kartki, jak i materiały były na kartki, ale największe kolejki były za cukrem; właściwie, jak przypominam sobie,_były to raczej tłumy nacierające na drzwi sklepu, a ludzie ustawieni w kolejce, kto silniejszy, na siłę do sklepu! Toteż burmistrz, nie wiem, czy proszony o utrzymanie porządku, ale - nad sklepem za mostem obok Starej Gminy był ganek i z tego ganku - burmistrz wylał dwa wiadra wody ludziom na głowy, aby ich rozpędzić.
Ludzie jeździli pociągiem za chlebem do Krakowa, a chodzili i pieszo. Matka moja była za chlebem dwa razy w Krakowie: raz pieszo, 56 km w jedną stronę, przyniosła pięć bochenków chleba, czas tej podróży - dwa dni, nocleg w Krakowie u znajomych; drugi raz była pociągiem, 120 km, podróż z Mszany do Krakowa kosztowała półtora jajka kurzego, ale było niebezpiecznie, bo już zdarzały się minowania pociągów; gdy matka wracała z Krakowa pociągiem z chlebem, przed Chabówką pociąg najechał na minę. Uratowały ich dwa wagony z piaskiem przed lokomotywą, ale do rana od wieczora musieli odczekać na naprawę toru. Chleb w Krakowie był stosunkowo tani w pewnych okresach.
Wojna toczyła się coraz to większa. Skończyłem 16 lat, siostra była starsza ode mnie, a więc dwie osoby już powyżej 16 lat. Dostałem wezwanie do Arbeitsamtu w Mszanie Dolnej, oświadczono mi, że jestem wyznaczony na wyjazd do Niemiec na roboty. W takiej sytuacji znalazło się nas więcej, w Arbeitsamcie wyznaczono dzień i godzinę wyjazdu. Pociąg wyjeżdżał o 12°° w nocy na Kraków i na tę godzinę był szykowany odjazd transportu. Matka, po przedyskutowaniu całego zajścia, podjęła decyzję, że w moje miejsce pojedzie siostra starsza ode mnie, ja opuszczę służbę u sąsiadów i będę pomagał jej w jakiej takiej gospodarce. Nadszedł czas. Siostra przygotowała się do wyjazdu i miała jechać z koleżanką od sąsiada, Barbarą Łabuz. Koleżanka przyszła wieczorem i oświadczyła, że nie jedzie, namawiając siostrę do rezygnacji z wyjazdu, co też uczyniły. Matka zaakceptowała ten pomysł, ale wiadomo, że wcześniej czy później nami się zainteresują - postanowiliśmy się ukrywać. W dzień to wiadomo - roboty w polu, ale nocami nie spaliśmy w domach. Była nas piątka: dwóch chłopaków i trzy dziewczyny, sąsiedzi, ukrywaliśmy się chyba dwa lub trzy miesiące, już dokładnie nie pamiętam, spaliśmy to w potokach, to w kopieniakach snopków lub w szałasie na Stająku w lesie, gdzie gajowy Łabuz Andrzej miał szałas na 20 sztuk baranów.
Jednak pewnej nocy odwiedziła nas polska policja, przeszukali po domach i stodołach, ale nas nie znaleźli, uspokoił ich sąsiad, ojciec Barbary, dając im pół barana, więc odjechali nie robiąc matce większej krzywdy poza odgrażaniem się, że nas znajdą, ale przygadali, żeby się zatrudnić gdzieś, bo inaczej wywózka nie minie. Z policjantów, było ich dwóch, Dziedzic i Bieniarz, ten pierwszy był uczynny, drugi więcej służbowy. Po tym zajściu matka zaczęła szukać wyjścia. Udała się do leśniczego Madejskiego w Mszanie z prośbą o przyjęcie mnie do lasu na robotnika, co też uczynił i dostałem Ausweis jako robotnik leśny, zatrudniony u gajowego Andrzeja Łabuza, sąsiada. Robota w lesie była wyznaczana przez gajowego i była raczej normowana. Aby sobie nie utrudniać w wykonywaniu tych prac, pracowałem z Michałem Stożkiem z Kasinki Małej i robiliśmy ścinkę drzew jak i opał, co wyznaczył gajowy. Najgorszy był pierwszy rok 42/43, spadły duże śniegi w zimie, Niemcy zapędzili wozaków do ściągania, zwózki drzewa, dłużycy, cośmy nacięli jesienią. Musieliśmy wskazywać wozakom drzewa, śnieg prawie po kolana, a przy odżywaniu się podpłomykami, nie było zbyt wiele sił do hasania po tych śniegach, ale to się przeżyło. Leśniczy Madejski był wspaniałym człowiekiem, władał dobrze językiem niemieckim, a zatem, kiedy dostałem wezwanie, aby stawić się na komisję celem odbycia służby w „Bałdyście" (coś w rodzaju służby junaków, utworzono ją w Nowym Sączu), leśniczy Madejski osobiście stanął przed komisją, stwierdzając, że jestem jego robotnikiem leśnym i prosi o zwolnienie mnie z odbycia służby w „Bałdyście", co też uczyniono, zaś Jasiek Łabuz od Swoka, Jędrek Łabuz z Krupiówki odbywali „Bałdyst", robiąc na kolei w Nowym Sączu i narzekali na ciężkie warunki pracy. Na niedzielę mieli przepustki do domu i śpiewali sobie tak - bo w „Bałdyście" galop zupka, liter wody jedna krupka -Forarbajter honorowy, co przed wojną pasał krowy - ale początku tej zwrotki już nie pamiętam.
Robiło się i w lesie i w domu, już razem z matką. Siostra dostała się do suszarni ziemniaków w Mszanie, którą Niemcy wybudowali i uruchomili, zatrudniając sporo dziewcząt i chłopaków. Siostra stała się półżywicielką tak licznej rodziny dziesięcioosobowej. Otóż pracując tam, udawało się różnymi sposobami ukraść torbę ziemniaków, szczególnie nocą na zmianie, jak wspominała siostra, wynosiło się po troszkę parę razy na zmianie i wracając do domu, zabierało się ukryte ziemniaki. Była to duża ulga dla matki w żywieniu rodziny.
W roku 1942 - 18 sierpnia dokonano w Mszanie masowego mordu na ludności żydowskiej. Rozstrzelano ponad 700 osób do masowych dwu grobów, wykopanych w nocy przez przymusowo zapędzonych tam ludzi z Mszany. Egzekucję tę wspominam, bo grabiąc ściernisko na Kiecurze, słyszałem ciągłe pojedyncze strzały w okolicy Gronoszowej, w Mszanie nazywano tamto miejsce - na Pańskich Polach. Nie wiedziałem, że to są strzały do ludzi i tego, że wielu z nich znałem osobiście. Aby zmylić pozory tego mordu, powiadomiono Żydów w Mszanie o przygotowaniu na wyjazd w nieznane, dając na drogę dzień wcześniej po bochenku chleba. W dniu odjazdu nie skierowano ich na stację kolejową a do Gronoszowej, gdzie w wąwozie pod dwoma dębami były wykopane dwa doły - do egzekucji po ileś tam osób doprowadzano skazańców wcześniej rozebranych z odzieży i nad dołem strzelał Niemiec do każdego kolejno, obojętnie jaka osoba.
Pozostawiono z tych nieszczęśników około trzydziestu osób celem zwiezienia odzieży i tego, co zabrali ze sobą na odjazd, dobytek ten zwieziono furmanką z Gronoszowej do mieszkań opuszczonych przez Żydów i poplombowano. Siłą pociągową tego wozu i pozostałych czynności było te trzydzieści osób, był wśród nich także wspomniany na początku Szmid Henryk, dawny nasz sąsiad. Zginął jesienią tegoż roku gdzieś koło Limanowej.
W kilka dni po tej tragedii matka otrzymała nakaz odrobienia szarwarku. Na dwa dni zgłosiłem się do gminy i skierowano nas, nie pamiętam, dwie czy trzy osoby, na Szklanówkę w Mszanie (domy nad potokiem). Jeden z domów żydowskich był zawalony samymi książkami, od małych do dużych, naszym obowiązkiem było posegregować, powiązać i załadować je na furmankę. Były to modlitewniki w języku żydowskim, zwiezione od ofiar, wywieziono je do wagonu na stację kolejową, była sucha i słoneczna pogoda.
Ciała pomordowanych w dołach zaczęły dawać znać o sobie, wypychając nakrytą ziemię, toteż Niemcy musieli wozić wapno na te mogiły celem zneutralizowania skutków tego postępku. Były to ciężkie czasy, bo za ukrywanie Żyda groziła kara śmierci, a tak było, gdzie aresztowano z Górnej Mszany mężczyznę za te sprawy, którego bito i męczono na posterunku w Mszanie, co opowiadała mi jako naoczny świadek żona fryzjera Stożka, w Mszanie mieszkająca obok Policji. Ilu Żydów się uratowało, nie wiem, ale na pewno kilku. U Wacławika pod lasem Małej Góry stał samotny domek byle jaki, tam przechował się jeden Żyd, ale pochodził z Bielska, już nie pamiętam, jak wydostał się z tej masakry, bo opowiadał mi osobiście Wacławik, który go ukrywał. W zamian za tę przysługę od Żyda tego dwa razy w roku na święta Bożego Narodzenia jak i Wielkiej Nocy otrzymywał paczki oraz pan Wacławik na jego koszt jeździł do Izraela i posadził pamiątkowy dąb w Izraelu pod Nr 500 - jako pamiątkę za ocalenie Żyda przed śmiercią od Niemców. To wspominał mi Wacławik, kiedy byłem w Mszanie w latach chyba sześćdziesiątych, w każdym razie, mówił mi, że kiedy Gomułka rozprawiał się z Żydami, po tych incydentach korespondencja się urwała.
Te kilka wspomnień należy już do dawnej przeszłości ale jakżesz miło wspomnieć młode lata, jak chodziło się do szkoły razem z Żydkami i Żydóweczkami, jakież były ładne dziewczynki w ławach szkolnych, a była nią Ryfcia, córka Dołka Szmida albo dwóch braci Ferherów, młodszy umiał „Ojcze nasz" na pamięć, było wesoło, w szkole zawsze my im zazdrościliśmy, bo jak była lekcja religii to oni mieli wolne, a nas hartowano kijkiem trzcinowym, który zawsze miał katecheta ze sobą, a używał go dosyć często, szczególnie do chłopców.
Kończąc te parę słów o tragedii tych ludzi, na koniec nie sposób nie wspomnieć o dwóch osobach osobiście mi znanych, a zgładzonych w tym dniu do wspólnej mogiły. Pierwsza była to żona Śliwińskiego, przeszła na katolicyzm i chodziła do kościoła, zawsze stawałem w kościele obok niej, zawsze w tak zwanej chłopskiej kaplicy, jej starszy syn chodził ze mną do jednej klasy, był moim kolegą, drugi był młodszy Kazio. Matka była w czasie popełnienia na niej zbrodni w ciąży, jak mocno przeżywał, tak mąż jak młodszy syn, tragedię straty żony i Kaziu straty matki, pamiętam do dziś. Tadzik był już w Niemczech na robotach. Lżej mu było chyba przeżyć. Musiała się ona zgłosić razem ze wszystkimi Żydami do Gronoszowej i tam zginęła, mimo że była już katoliczką,, a pochodziła tylko z rodziny żydowskiej. Drugą osobą był pan Rażeńsztok, człowiek zamożny, przechrzczony na katolicyzm, z zawodu inżynier kolejowy, emeryt posiadający trzy wille, jedną z nich pobudował u nas, niedaleko od nas, ożeniony z wdową z Łabuzów, przed willą „Stacha" na Lachówce - pamiętam jej wykańczanie - stało 70 pni pszczół, ładnych jednakowych uli, był koń, bryczka, stodółka, obok willi, dla konia i pomieszczenie dla sprzętu pasieki. Pan Rażeńsztok często kontrolował nas jako pastuchów, mając przysłowie „Chalera, tylko mi na koniczynę nie puszczajcie krów", a trzeba przyznać, że krowy lubiły koniczynę i garnęły się w stronę jego kawałka pola, graniczącego z naszym wspólnym pastwiskiem na Mocarzy. Widząc bryczkę z daleka, mieliśmy się zawsze na baczności. Mieszkając w tej willi, bo pozostałe były jedna w Krakowie, jedna we Lwowie, otrzymał też wezwanie do stawienia się jako Żyd w Mszanie. Rodzina zabiegała o uniknięcie stawienia się u burmistrza, który obiecał jej uwolnienie zaraz po stawieniu się na plac w Gronoszowej. Furmanką Józef Łabuz, jako szwagier zawiózł go na zbiórkę, niestety, z obietnic burmistrza nic nie wyszło, został rozstrzelany wraz ze wszystkimi Żydami. Przeżyła córka żyjąca do dziś, a była jedynaczką z tego małżeństwa, a on był już wdowcem. Starania trzech jego pasierbów o uratowanie go nie dały rezultatu i tak dwie osoby, jedna biedna, druga bardzo bogata jednakowo zeszły z tego świata za mojej pamięci.
Wciąż nie widać było końca wojny. Przeczytałem afisz duży, to w roku 1941, w czerwcu, jak to Armia Sowiecka napadła na III Rzeszę i atak został odparty. Utkwił mi ten afisz w pamięci, bo to coś było nie tak, bo przed atakiem przewinęła się kupa formacji wojskowych przez Mszanę Dolną w kierunku wschodnim, a nawet tabory konne, co pamiętam, jak u nas po stodołach się zatrzymali na noclegi. Wybuch wojny rosyjsko-niemieckiej kosztował nasze osiedle trochę strachu, utratę na jedną dobę strojów góralskich i zapłatę mandatu po 30 zł. Po zapłaceniu nastąpił zwrot strojów, zabranych dzień wcześniej. Wspominam o tym, bo wyszło zarządzenie aby zaciemniać okna i budować schrony przeciwlotnicze z powodu wojny rosyjsko-niemieckiej i do nas to właśnie, w niedzielne popołudnie, w asyście dwóch policjantów, przyjechał na kontrolę wykonania bunkra przeciwlotniczego sam burmistrz Gelb. Przeszedł wszystkie domy, porozbijał napotkane maśniczki do robienia masła, powywijał lagą, z którą chodził i z każdego domu coś zabrali na furmankę dwaj policjanci, szczególnie stroje góralskie, bo w takich chodziło się tak od święta jak i na co dzień -wszystko za karę, że nie ma zrobionego schronu według zarządzeń władz, a że nasze osiedle było usytuowane blisko mostu, toteż podpadaliśmy na kontrolę, rozkaz był taki, aby w poniedziałek zameldować mu w gminie o wykonaniu schronu. Pojechaliśmy, wszyscy sąsiedzi, jeszcze w tym dniu do lasu państwowego, ucięliśmy około 30 sztuk żerdzi, wykopaliśmy w sadzie pod Brzyskiem odpowiedni raczej rów, a nie schron i nakryliśmy wierzch tymi żerdziami. Zameldowano burmistrzowi o wykonaniu tego zadania, przyjął do wiadomości, nakazał zwrócić, co było zabrane, ale po 30 zł mandatu zapłacić. Na tym się skończyło, więcej nie interesowały go już schrony, ja zaś widząc Gelba przez okno, wyskoczyłem tylnymi drzwiami i wskoczyłem do najbliższego żyta na ogrodzie. Stamtąd obserwowałem zachowanie się całej komisji, gdzie efektem było pobicie kijem młodego Żyda, akurat idącego koło mostu. Dokonywał tego polski policjant, złapał go za rękę i tak go okładał wierzbowym kijem. Słysząc ten krzyk i widząc to, długie lata miałem to w pamięci.
Nie sposób pominąć skutków braku środków do utrzymania czystości. Z braku mydła, ludzie zaczęli sami produkować mydło własnym sposobem, ale to wszystko było mało, aby zapobiec mnożeniu się wszy, a o pchłach się nie mówi; doświadczyliśmy tego na własnej skórze, bo dziesięć osób w jednej izbie, co była i kuchnią i sypialnią, sprzyjało rozwojowi różnych insektów szkodliwych dla człowieka. Nie było u mnie zdziwienia, gdy stojąc w kościele za kobietą widziałem lak po jej płaszczu wędrowała spokojnie biała wesz. Zresztą, widoczne to było i w częstym podrapywaniu się ludzi w kościele. Były to bardzo przykre zjawiska, ale były i dziś mało kto wspomina, bo może to wstyd do tego się przyznawać, a przecież jakie dokuczliwe było robactwo, zwące się poszczycami, gnieżdżące się w szparach drewnianych łóżek czy „szuflanów", a żerujące nocą na człowieku. Niemcy, dostrzegając tę plagę, zorganizowali w Mszanie Dolnej kolumnę sanitarną, która wyjeżdżała do wskazanych domów i w odpowiednich kotłach gotowała wszystko co szmaciane celem odwszawienia domostwa, ale na ochotnika nikt się nie zgłaszał. Robili to przymusowo, każdy bał się rozgłosu tej biedy, a walczył każdy jak umiał. Ja zbierałem paproć w lesie, zamiast słomy kładło się do łóżka paproć. Poszczyce i pchły nie znosiły tego zapachu, zaś wszy nie reagowały na paproć. W biedzie wszystko się przydarzy, a co prawda to i wspomnieć należy, bo pranie dzisiejsze a pranie w tamtych czasach, to niebo a ziemia, ale to już stara historia - pranie w rzece na kamieniu kijanką, a pranie automatem przy czytaniu gazety...
Zmieniając temat swoich wspomnień: rok 1943. Jesienią generalny gubernator Hans Frank wydaje słynny dekret, chyba z października, o zastosowaniu odpowiedzialności zbiorowej ludności polskiej w stosunku do ludności niemieckiej - za jednego Niemca dziesięciu Polaków - zakładników na rozstrzelanie.
W zarządzeniu tym lub w zarządzeniach lokalnych władz na terenie Mszany Dolnej wprowadzono warty nocne, tak kolejowe jak i drogowe, wartownicy mieli odpowiadać za spokój i porządek na swoich odcinkach dróg i z kolei każdy numer domu podlegał warcie. Wartownia w Mszanie to budynek starej gminy, natomiast na zakręcie była wartownia lokalna - warta to trzech lub dwóch mężczyzn, uzbrojonych w kije i mających odpowiedni odcinek lub kilka dróg do pilnowania w nocy. Było także ustalane hasło, na każdą noc nowe, którym należało się posługiwać w czasie warty. Hasło i odzew ustalano w budynku starej gminy na głównej wartowni, bo tam pełnił wartę zawsze uzbrojony polski policjant. W kolejowej nie brałem udziału, ale w drogowej tak i to dość często; chodziliśmy starą drogą, obecnie Starowiejską, gościńcem, obecnie Krakowską no i na Zarąbie do Marka, ale najwięcej dało mi się, jako jeszcze młodemu chłopakowi, we znaki wartowanie przy starym sądzie za rynkiem, gdzie mieściła się policja polska i jakaś niemiecka. Budynek był ogrodzony drutem kolczastym, zebranym w pośpiechu z ogrodzeń w Mszanie, między innymi od Nerkowskich na Krupciówce - nowa budowa ogrodzona siatką - brama wejściowa przed tym sądem na noc zasuwana była kozłem zrobionym z drutu kolczastego, w razie potrzeby wkładało się drążek w środek tego kozła i, jeden od wewnątrz, drugi zewnątrz, wsuwali lub zasuwali tak zwany zasiek, były też dwa bunkry małe betonowe przed wejściem przy samym gmachu. Wspominam o tym, bo tam było najgorzej wartom. Jednej nocy przewartowałem tam dwanaście godzin od 10 – 6 rano; był taki mróz, żeby nie góralski kożuch i kierpce, byłbym zamarzł. W późniejszym okresie już co dwie lub trzy godziny zmieniała się warta przy tym budynku. Jeszcze ten, co był między bramą a budynkiem, miał lepiej, bo mógł się przytulić choć do ściany budynku, zaś od zewnątrz goła szosa, jedynie cmentarz niedaleko, ale za daleko, żeby z warty zejść. W warcie drogowej tułaliśmy się po różnych szopach, czasem u kogoś w domu; z warty tej wspominam Klimka, ojca moich kolegów, Zająca zwanego „Cindrajem" od Ząska, Pólkiem z Działu, Nawieśniaka Władka z morgów, który jednak zginął rozstrzelany koło Nowego Sącza. Jedynak, miał tylko matkę, która przeżyła jego śmierć, wartowaliśmy razem, działy się różne rzeczy, ale nie sposób wszystkiego opisać.
Trzeba wspomnieć też rozstrzelanie dziewiętnastu zakładników za jednego Niemca, zabitego w kamieniołomie w Kasinie Wielkiej, zginął tam mój kuzyn, Łabuz Stefan, zamieszkały u Leśniaka, żonaty, dwoje dzieci, wrócił z wojny z czynnej służby. Po dekrecie, o którym wspomniałem były duże aresztowania w Mszanie, tak do obozu koncentracyjnego, jak i na zakładników. Prowodyrem tego zamieszania był ów gestapowiec, o którym wspomniałem, brzuchaty pepik i przyczyną jego zastrzelenia była prawdopodobnie sprzeczka burmistrza Gelba co do ilości następnych aresztowań w Mszanie, bo było ich podobno koło osiemdziesięciu, a pepik przygotowywał się do ilości 300 osób, na co Gelb odpowiedział mu pięcioma strzałami w obecności polskich policjantów u siebie, to jest u Gelba, przy obiedzie, wydanym z okazji pobytu na pogrzebie Niemca w okolicach Wujanowic, który zginął też od Polaków, zaś w Kasinie zwołano ludność miejscową, sprowadzono rodziny z Mszany, bo większość była z Mszany, i w ich obecności, po odczytaniu wyroku, wykonano na miejscu egzekucję w Kasinie. Dziś spoczywają na cmentarzu w Mszanie.
Aby zbliżyć się do końca tej pisaniny -jak zbliżała się wojna ta końcowi, wspomnę jeszcze o okopach i o wyzwoleniu i udziale w budowie mostów. A więc wojna odwróciła całokształt lat początkowych - powstanie warszawskie, przyjazd ludzi starszych z powstania warszawskiego. Poznaniacy przesiedleni zaaklimatyzowali się już tak w Mszanie jak i w Kasince, panienki podrywały już górali i odwrotnie, ożenił się przystojny i wykształcony Poznaniak na Swiątkówce u Amerykanki i odwrotnie, zakochał się Józek Stożek w Poznaniance, z którą się ożenił i po wojnie z góralską gwarą wyjechał do Poznania.
Czytałem już gazety, wychodził w Krakowie tygodnik w języku polskim „Siew" i „Kurier Krakowski"; w „Kurierze" Niemcy, jak pamiętam, ogłaszali nazwiska pomordowanych w Katyniu, było to bardzo ciekawe w całym szoku wojennym, budziło podejrzenia, czyja właściwie była to robota, bo porównując opowiadania staruszków z powstania warszawskiego o tym, co działo się w Warszawie, to człowiek mógł we wszystko wątpić. Byli oni zakwaterowani u „Skrobacza" - Potaczki i u „Sawały" -Górniak.
Wspomniane warty w 44 roku zostały zaniechane, ale w miesiącu sierpniu nastąpiła mobilizacja w Mszanie Dolnej. Wszyscy w wieku produkcyjnym, obojętnie czy pracują i mają Ausweisy - musieli zgłosić się w wyznaczonym dniu przed gminą. Tam po zarejestrowaniu nas, odmaszerowaliśmy na stację w Mszanie i pod nadzorem Niemców wojskowych wyjechaliśmy pociągiem złożonym z platform kolejowych i na tych platformach zawieziono nas do stacji kolejowej Męciny w kierunku Nowego Sącza. Było dużo ludzi, ze mną jechała także siostra, ta, co pracowała w suszarni ziemniaków oraz koledzy z osiedla; wszyscy mieliśmy kopać okopy, tak rowy strzeleckie jak i przeciw-czołgowe. Ze stacji wojskowi prowadzili nas na przełaj przez pola. a było już po żniwach i wylądowaliśmy pieszo w miejscowościach Zawadka - Biała Woda - Tęgoborza.
Rozlokowano nas po szopach, stodołach, u miejscowych gospodarzy, oddzielnie mężczyzn, oddzielnie kobiety. Na drugi dzień już kopaliśmy na wzgórzu w Tęgoborzy rowy strzeleckie, poniżej kopano przeciwczołgowe. Kuchnia była polowa, pilnowali nas starsi wojskowi w innego koloru mundurach, była to jakaś organizacja TOD, ale muszę przyznać, nie było znęcania się z ich strony nad nami. Kiedy niechcąco dostałem kilofem w łokieć, bo było nas za gęsto i zrobił to mój znajomy, zaraz opatrzyli mi rękę bandażem i skierowali do lekarza w Tęgoborzy. Niemiecki lekarz nie udzielił mi zwolnienia, a powiedział: „Labus arbajt"; ręka mi spuchła i cztery dni nie chodziłem do kopania, ale jakoś nie czepiali się za to. Za robotę w tych okopach płacono nam papierosami, wódką z czerwoną etykietą i skórą nadającą się na zelówki pod buty.
Odwiedziła nas matka na tych okopach i udzieliła wskazówek dla siostry, aby wróciła do domu, jak i kiedy, co też zrobiła, bo coraz mniej nas było, wymykali się do domu, jak kto mógł. Ja z Frankiem, sąsiadem, byliśmy dalej, kwaterując w tej szopie, a jesień robiła się też coraz chłodniejsza, toteż w październiku postanowiliśmy uciec z tych okopów. Jak doszliśmy do stacji, już nie pamiętam, ale z Męciny dojechaliśmy do Dobrej, była godz. 8°° rano i - dalej pociąg nie pojedzie, uszkodzone tory, wyrwany kawałek szyny. Mieliśmy zamiar iść przez góry na Mszanę, przejść przez Śnieżnicę na Lubogoszcz, przez Kasinę i do Mszany. Zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, kiedy zobaczyliśmy z poczekalni oddział niemieckich żandarmów maszerujący w kierunku Porąbki, wsi koło Dobrej, która była palona i mordowana już po raz trzeci za wysadzanie pociągów na tej trasie. O godz. 12°° ruszył osobowy w kierunku Mszany. Po ujechaniu paru kilometrów osobowy zatrzymał się w miejscu uszkodzenia torów i umożliwiono, kto chciał, oglądać trzy osoby zabite przy wysadzaniu torów. Byli to trzej mężczyźni, jeden leżał po prawej, drugi po lewej, jadąc od Dolnej, osoba leżąca po prawej stronie była mocno zdeformowana. Była to śmierć trzech partyzantów (według relacji z książki Zołotowa). Byli to ruscy partyzanci, którzy ponieśli śmierć przez swoją nieudolność przy zakładaniu materiału wybuchowego. Żandarmeria rozprawiała się z miejscowa ludnością cywilną w Porąbce po raz trzeci, mordując ludzi i paląc zabudowania. Dojechaliśmy szczęśliwie. Będąc w wiosce Zawoda przypomina się, jak dość często słychać było kanonadę artylerii gdzieś daleko na horyzoncie w kierunku Krosna, Jasła - byliśmy także świadkami, jak Niemcy ćwiczyli na koniach pływanie w Tęgoborzy w wodzie zapory Rożnowskiej. Po raz pierwszy widziałem także Rosjan - jeńców wojennych, obsługujących kuchnię polową, odznaczali się nacją Mongołów.
W domu długo nie zagrzaliśmy miejsca, niedługo od nowa zapędzono nas do kopania rowów w Podobinie między Mszaną a Porębą Wielką, ale tam, chodząc pieszo do l km, nie byliśmy długo, chyba do dwóch tygodni, kopaliśmy tylko okopy piesze, bo pewnego razu zebrano nas na stacji kolejowej w Mszanie, około trzydziestu ludzi, i jakiś facet w długim płaszczu skórzanym spojrzał na górę Lubogoszcz ; na odległość wskazał kierunek marszu na Lubogoszcz. Nie pamiętam, jak nastąpiło zaopatrzenie w siekiery i piły, ale chyba pobraliśmy to z gminy, bo pod Szklanówką już robiono bunkry z drzewa przenośne. Z tym gościem, był to Niemiec po cywilnemu, ale po polsku mówił dość dobrze, pomaszerowaliśmy Obłazami przez Sutory i wyszliśmy na skraj lasu pod Górą. Tak się nazywała ta enklawa, łącząca pola z lasem, a dobrze mi znana, bo raz w lesie tym pracowaliśmy z Michałem do czasu okopów, a nasz kawałek pola uprawnego znajdował się obok jako najwyżej położona działka w górze, z której matka zrezygnowała z uprawy, bo zbyt daleko od domu i wysoko. Uprawiał ją szwagier matki, Szczepan Nawieśniak. Po dojściu na miejsce, ów facet wskazał nam na połać lasu, gdzie były bardzo ładne świerki, sam materiał budowlany i dał wskazówki, że co dnia ta ilość ludzi ma się zgłosić w to miejsce i ciąć po kolei drzewo w drzewo i robić od razu porządek leśny, paląc gałęzie za sobą. Gdzieś po godzinie nadszedł gajowy, Łabuz Andrzej, mój dawniej pracodawca, a był to las państwowy, przed wojną prywatny hrabiny Krasińskiej. Gajowy narobił krzyku, kto nam kazał niszczyć taki ładny las. Niemiec nie rzucał się do niego, ale ostrzegł go, że wojna ma swoje potrzeby i nikt tu nie ma nic do gadania. Na tym skończyła się interwencja gajowego.
W lesie tym skończyłem tułanie się po okopach. Niemiec ten więcej nie wychodził do lasu, bo idąc pierwszy raz z nami pytał, czy nie ma tam partyzantów, a akurat AK kwaterowała w górze Lubogoszcz w Iwce, w przedwojennym Ośrodku Młodzieżowym YMCA, toteż nikt nas nie popędzał, chodziło tylko o to, aby nie brakowało drzewa do robienia bunkrów pod Szklanówką. Aby nie spowodować interwencji z powodu braku materiału, paliliśmy co dnia ogniska, aby widać było, że pracujemy, jednak wycięta została duża kwatera lasu, ładnego drzewostanu.
Była już zima, skończyło się wszystko, bo stopniowo nie chodziliśmy już i nikt się nie interesował tymi sprawami, bo ruszyła wojna, słynna ofensywa radziecka z 12 stycznia 1945 r. Zaczęły się ruchy wojsk, w Mszanie stacjonująca jednostka żandarmerii do zwalczania partyzantki zwolniła tempo likwidacji wrogów Niemców, po 12 stycznia już Niemcy w popłochu zaczęli się wycofywać, toteż Michał Łabuz stracił konia; zabrali mu normalnie ładnego Berka do wozu, pod przymusem, uciekając w stronę Rabki Zdrój, skąd przybyli w 1939 r. Wydawało się, że coś się uspokoiło, ale wracając jednego dnia z Mszany szosą, zauważyłem wojsko niemieckie. Nie zdawałem sobie sprawy, bo nie było żadnej wiadomości, że ruszył front. 12 stycznia wojsko to ustawiało działa na zakręcie u Syntyrza, ale tym się nie przejąłem, gorzej było, jak będąc koło domu o zmroku, gdzieś na dzień przed frontem u nas, wjechała furmanka i spoglądając na most, zdjęto z tej furmanki jakąś beczkę, przetoczono przez most i z powrotem; furmanka wróciła w stronę Kasinki, skąd przybyła, jakiś facet wziął wiązkę słomy, podpalił, a za moment palił się cały most. Był to ogromny ogień bo, jak wspomniałem, był on zbudowany z dębowego drzewa, siła ognia była tak duża, że głownie ognia spadały na nasze dachy słomiane. Jedynym naszym ratunkiem, co też graniczyło z cudem - że dachy słomiane były mokre, a wieczorem brał mróz i już warstwa słomy robiła się zamarznięta i śliska. Kto żyw na osiedlu, pilnowaliśmy dachów, przystawiając drabiny i każdą spadającą głownię likwidowaliśmy, ale jedynie dzięki takiej aurze pogodowej po raz drugi osiedle nasze ocalało od ognia. Most palił się całą noc, nad ranem ostatnia jego cześć spadła do wody, zostały tylko przyczółki z wmurowaną tablicą pamiątkową informującą kto i kiedy budował ten most.
Upłynęły trzy lub cztery dni od spalenia mostu, w niedzielę wieczór, dosyć późno, zaczęły od Kasinki Małej nadlatywać pociski kuł świecących w locie, słychać było jakiś huk i daleko nad górą Kiecorą w Kasince pokazywały się rakiety w powietrzu, co w nocy stwarza niepowtarzalny widok. Matka zebrała swoje pociechy i opuściła dom, udając się do sąsiadów Grzesiaków, gdzie mieli suterenę betonową, raczej piwnicę. Tam będzie bezpieczniej. W domu zostałem ja z młodszym bratem Wałkiem, siedzieliśmy przy piecu, mieliśmy koronkę i klepaliśmy zdrowaśki. Po pewnym czasie przyszedł do nas sąsiad, legionista Józef Łabuz, bo zza naszego domu była dobra widoczność
w stronę Kasinki Małej.
Doszliśmy do wniosku, że to już zbliża się front, ale żadnego wojska nie było widać ani słychać na szosie, po pewnym czasie się uspokoiło. Dopiero gdzieś koło 7°° rano nadeszło wojsko niemieckie. Matka wróciła do domu i akurat przyszli żołnierze niemieccy, poprosili matkę, aby zgotowała im ciepłej kawy, ale już ustawiali jeden karabin maszynowy w naszej stodole, wyrwali deski dla lepszej widoczności, drugi karabin koło piwnicy, koło mostu, którego już nie było - też karabin. W otwartym polu wszystko kręciło się do chwili, kiedy nie ode-zwał się karabin maszynowy, ustawiony przed mostem; po zaterkotaniu tegoż karabinu, nie pamiętam, czy zdążyli wypić tę kawę, szybko powylatywali na swoje stanowiska. Zaczęła się ogromna strzelanina w stronę Kasinki Małej, zza mostu strzelał czołg i artyleria niemiecka; my całą rodzina pozbieraliśmy derki, dziś koce, pierzynę i różne ciuchy, w popłochu uciekliśmy do lachowskiego potoku, nie do tego, co w 39 r., był drugi potok niedaleko od domów, a nad tym potokiem było po prawej stronie osiedle Lachówka. Z jednego domu, Potaczka Michała, najbliżej tego potoku, walił Niemiec z karabinu maszynowego, tylko świszczało nad nami, w stronę Kasinki i Krupciówki, my zaś jakie mieliśmy łachy i derki i chyba jedną pierzynę, rozścieliliśmy na lodzie, bo potok zamarznięty był całkowicie. Śniegu nie było dużo, ale około 15 do 20 cm zaś temperatura około 20 °C mrozu. Porobiliśmy takie gniazda i tak siedzieliśmy jeden przy drugim, a było tam sporo rodzin. Po przejściu jednego żołnierza niemieckiego z naszego osiedla do budynku tego u Potaczka, karabin przestał bić seriami, był to chyba łącznik. Do południa strzelanina była zacięta na Zarąbkach, widocznych z naszego potoka. Zapalił się dom od pocisku rosyjskiego, na Krupciówce, gdzie podeszli już Ruski, zaczęły się palić domy, jeden uratowano, u Łabuza Ludwika, zaś Kantusia i Broczkowskiego spaliły się doszczętnie, zaś na Krupciówce, u tego co wspominałem, co orał krowami, spalił się dom i stodoła.
U niego rozegrała się tragedia. Ruscy przyszli do jego domu rano, w tym samym czasie, gdy u nas Niemcy się obstawiali do ataku, a była to niewielka odległość od naszych domostw i zażądali „od chadziaja horyłku". Każdy u nas miał trochę wódki, bo nie wspomniałem, ale pod koniec wojny produkcja bimbru była na Podhalu mocno rozpowszechniona. Zaczym gospodarz namyślił się, czy im dać, oni już szli ze strychu i znaleźli w zbożu w sąsieku trzy butelki wódki. Nie pamiętam, ilu ich było, jak zaczęła się strzelanina, oni byli już po wypiciu, ale byli też pierwszą linią ostrzału przez Niemców. Rodzina schroniła się do piwnicy, zaś Ruski nie wycofali się, a do ostatniej chwili bronili się w tym domu. Jednak Niemcy zdobyli ten dom, Ruski poginęli i Niemcy z zemsty za opór Ruskich podpalili go. Nie pomogły prośby gospodarza, który z płonącego domu i stodoły musiał uciekać wraz z całą rodziną, mając i trochę szczęścia, bo kożuch jego, w którym uciekał, miał ślady po dwóch kulach, choć ci Niemcy, co podpalili, do rodziny tej nie strzelali. Pogorzelcy ci pod wieczór dołączyli do nas z sąsiedniego potoku. Kiedy wracaliśmy już do domu, bo wojna już ucichła, Niemcy poszli do przodu a Rosjanie wycofali się z powrotem na Kasinkę do Węglówki, skąd atakowali pierwotnie.
Z czujki Ruskich, która podążała szosą w stronę mostu i otrzymała pierwszą serię od Niemców, uratował się żołnierz, który wpadł do domu mego kuzyna, o którym wspominałem, to ten co ucierpiał od bomby. Jego matka, moja ciotka opuszczająca ostatnia dom, uciekając do sąsiada Nawieśniaka, który miał murowaną piwnicę,
W ostatniej chwili, kiedy wpadł żołnierz radziecki i błagał o ukrycie, oprowadziła go do swojej małej piwnicy, do której wchodziło się z mieszkania z podłogi, zamaskowała tak mało widoczne wejście i wieczorem, kiedy już Niemców nie było, uwolniła go całego i żywego, za co serdecznie dziękował.
Po całej tej potyczce w drugim dniu Niemcy zwołali kilku mężczyzn i kazali pozbierać zabitych radzieckich żołnierzy i pochować na Krupciówce pod Brzegiem, zaś swoich zabitych i rannych zbierali we własnym zakresie, jedynie skorzystali z wozu i kobyłki Łabuza Andrzeja, angażując za furmana jego syna, mojego rówieśnika, tak z nazwiska, imienia, jak i rocznika, do odwiezienia chyba dwóch rannych gdzieś do 3 km poza linię strzelaniny.
Był i drugi przypadek uratowania się Ruskiego z tego patrolu, u Malca w rodzinie Klimków, też przy szosie. Wieczorem byliśmy w domu, ale nie wracaliśmy do swojego domu, a zatrzymaliśmy się u sąsiadów, których dom łączył się z tym potokiem, cośmy byli w nim. Było to blisko od naszego, ale ten przy potoku miał dużą kuchnię wmurowaną w pagórek z kamieni rzecznych, wydawała się bezpieczniejsza.
Od poniedziałku do soboty, a raczej od wtorku była cisza, Niemcy poszli do przodu i było bezkrólewie. W piątek mały oddział Niemców wycofywał się w kierunku Mszany, ale za nim nikt nie nadchodził i szli żołnierze pieszo; warunki były złe tak, że, mając rowery, pozostawili je u Ząska, bo jazda była niemożliwa. Dopiero w sobotę po południu pojawili się Niemcy na motocyklu, a za nimi czołg radziecki. Dojechali do rzeki, do mostu. W tym to momencie nadleciały po tygodniowej ciszy pociski artyleryjskie, Niemcy zauważyli czołg i tak na nasze osiedle jak i koło mostu spadło kilkanaście pocisków artyleryjskich. Ja nie zapomnę, jak jadłem kapustę drewnianą łyżką W tej kuchni u sąsiadów, w czasie eksplozji pocisku łyżka wyleciała mi z garści, eksplozja była za oknem, w tym momencie spojrzałem przez okno i zobaczyłem, jak biegnący ze swoim synkiem na ręku wspomniany Łabuz Józef legionista do swojej piwnicy wpadł wraz z tym dzieckiem, dziecku nic nie było, a on dostał odłamkiem w głowę i po paru dniach zmarł. Oberwał także odłamkiem w brodę, pozbywając się jednego zęba mój brat, odłamek ten tkwił mu w brodzie prawie trzy miesiące i samowolnie wyszedł, o lekarzach nikt nie myślał, był też ranny w rękę sąsiad, zaś Ruscy, którzy jadąc czołgiem przygrywali na harmoszce, nie przekroczyli rzeki, a zabrali dwóch żołnierzy z motocykla i wycofali się z powrotem czołgiem na Kasinkę. Mszanę Dolną zdobywali już z drugiej strony góry Lubogoszcz, atakowali przez Kasinę Wielką a od Kasinki Małej zaniechali ataku, Niemcy zaś wycofali się, minując mosty kolejowe w Mszanie, zaś most drogowy w centrum Mszany ocalał. Dopiero w nocy nadeszła piechota rosyjskich wojsk, ale już bez strzelaniny i byliśmy wyzwoleni z okupacji niemieckiej, było to gdzieś 20 lub 21 stycznia 1945 roku.
W nowej okupacji, bo była komenda wojenna, to nowy rozdział żywota. W pierwszych dniach po wyzwoleniu budowałem przymusowo mosty kolejowe w Mszanie, ale tak prymitywnie, że nie sposób nie wspomnieć o nich. Front przesunął się dalej, kolej była nieczynna, przy dużym moście kolejowym ciągnęliśmy na skarpę kolejową drutami ociosane surowe bele drzewa na komendę „Isio wziali, tysiąc dali". Bele te mocowaliśmy długimi prętami na śruby, ale dziury w tych belach wypalano prętami rozgrzanymi w żelaznej beczce. Belka po belce łączono przęsła, wyciągając wszystko ręcznie drutami, łapano ludzi jak tylko się dało, a trzymano nas bez jedzenia. Jeśli jechał ktoś rowerem, rower dla nich, a rowerzysta do roboty. Tak ręce bolały od ciągania tych belek i noszenia kamieni do obłożenia przęseł, że w niemieckich okopach było dużo lżej, jeść dali i spanie zabezpieczyli i każda robota miała jakąś organizację.
Udało mi się po paru dniach wydostać z tej pułapki, korzystając z wypadku, gdy obok kolejowego mostu najechał ruski samochód na minę. Zrobiło się zbiegowisko, a była to jedyna okazja do ucieczki z tej morderczej roboty. Ale było to już po wojnie i zaczynał się nowy rozdział historii tak narodu polskiego jak i życiorysów indywidualnych ludzi.
Aby zakończyć tę garść wspomnień - kończąc już 74 rok życia na tym padole, nigdy nie przypuszczałem, że doczekam tych lat, że chłopcy z góralskiej chaty, z góralską gwarą, znajdzie się daleko od gór, za którymi do dziś tęskno, ale dla chleba, Panie, dla chleba i góry porzucić trzeba, co uczyniłem w 1949 r., wyjeżdżając na trzy miesiące na Ziemią Lubuską i nie było czasu wrócić w góry, a nadeszła okazja choć trochę wspomnień przelać na papier, chociaż spotykam się z opinią, że kto to będzie czytał i to nic nie daje, ale w tym wieku mam chęć do pisania, choć niewyraźnie, mało czytelnie, ale jak umiałem tak nakreśliłem te parę słów...
***
powrót
|