Wspomnienia z okresu międzywojennego
Wspomnienia Stanisława ŁABUZA - Górala-ZAGÓRZANINA
z osiedla "WÓJTY" w Mszanie Dolnej ...

(przebywającego od roku 1949 na powojennej "emigracji" - na tzw. Ziemiach Zachodnich)
Część pierwsza - lata 1936 – 1939 ...
Z okazji zbliżającej się rocznicy 60 lat od wybuchu II wojny światowej i zbliżającej się rocznicy ukończenia 74 lat tułania się po tej planecie jako istota żywa - postanowiłem skreślić parę słów wspomnień z dawnych czasów: z lat 1936-39 do czasów po wojnie.
Otóż, jako chłopak urodzony 26 października 1925 r. w miejscowości Mszana Dolna, do roku 1949 tam przebywający, postanowiłem garść wspomnień przelać na papier i komuś je pozostawić; w skrócie i według swoich możliwości, jak umiem tak napiszę.
Rok 1936. Gdy miałem 11 lat rodzice sprawili mi pierwsze wakacje szkolne - na całe dwa miesiące: a to - zostałem wynajęty po sąsiedzku do rodziny żydowskiej celem pasienia krowy (była rasy czerwonej). Z obowiązku tego wywiązałem się należycie. Krowę pasałem nad rzeką Rabą i Mszanką. Żydzi byli bogaci i prowadzili sklep i handel drzewem, duży skład różnego drzewa a latem pensjonat. Dostawałem dobre jedzenie i mogłem się przyjrzeć, jak ludziom się powodzi. Był już kapitalizm, podobny do dzisiejszego, gdzie hasło nic się nie zmieniło do obecnych czasów, a to - szanuj bliźniego i drzyj aż koszula spadnie z niego. Byli biedni, bardzo biedni, bogaci i bardzo bogaci.
Przedwojenna"Szmidówka" pod osiedlem "WÓJTY" - spalona przez hitlerowców już w pierwszych dniach okupacji ...
Z tych pierwszych wakacji zostali mi w pamięci wczasowicze z tamtych lat i obrzędy w rodzinie żydowskiej. Rodzina Szmidów, prowadząc pensjonat, przestrzegała w swojej religii swych obyczajów, a szczególnie modłów w sobotnie popołudnie, jak też w przepisach kulinarnych różnych zastosowań: nosiłem po 5 kur do Mszany (2 km) do rzeźni, bo musiały być ubite tylko przez ich rzeźnika, a nie wolno było im głowy ucinać, jak się robi u nas, naczynia jak i nakrycia były inne do potraw mięsnych a inne do potraw mącznych; przestrzegała tego przy segregowaniu po myciu tych naczyń babcia, matka Smida - w razie pomieszania korzystałem, bo nakrycie lub talerz stawało się trefne i otrzymywałem je w prezencie. Przestrzegano także dotknięcia palcem wmontowanego w odrzwiach małego kółeczka i pocałowania tego palca, robiono to przy pierwszym wejściu do kuchni. Aby nie rozpisywać się za dużo, wspomnę, że w pamięci do dnia dzisiejszego pozostały mi dwie sprawy: dzięki rodzinie Smidów, a szczególnie ich synowi (Hamek), nie palę papierosów i nie mogę się nauczyć do dnia dzisiejszego, no i zobaczyłem, że są ludzie biedni i bogaci i że świat był i jest podzielony pod różnymi względami.
O rodzinie tej napiszę też w dalszym wspomnieniu, a teraz opowiem o drugich wakacjach. Wiadomo, że chodziło się do szkoły, gdzie 2,5 km pieszo i boso taskało się w płótnianej torbie z własnego płótna (nosząc ją na boku) jakąś książkę, tabliczkę, rysik, w ramkach zeszyt, ołówek i gumkę. Były też ładne piórniki, ale mojej rodziny nie stać było na kupno piórnika, a co dopiero na buty, toteż chodziło się na boso, nogi trzeba było myć co wieczora, co nieraz dla małego chłopca było uciążliwe. Drugie wakacje były odmienne od pierwszych. Oddano mnie w czasie wakacji do obywatela Łabuza Franciszka, zamieszkałego w odległości kilometra u Syntyrza (nazwa osiedla do dziś). Był to daleki krewny, coś z rodziny po pradziadkach.
Tam wykonywałem już roboty fizyczne - poza pasieniem paru sztuk bydła, które ganiałem przez szosę i przed lub za rzeką Rabą wypasałem. Te roboty były łączone, aby nie próżnować. Polegały one na kręceniu mąki na żarnach, wyrzucaniu gnoju itp. Wakacje się skończyły, a mnie przedłużono pobyt u szewca Łabuza Franciszka. Do szkoły było bliżej, ale ze szkołą zrobiło się gorzej, bo wyznaczono mi chodzenie do niej co drugi dzień w tygodniu i tego przestrzegano. Organizowano w szkole wycieczkę pieszo na górę Turbacz. Tak się cieszyłem, jednak zabroniono mi pójścia na tę wycieczkę, bo gospodarz dowiedział się, że nie będzie nauki i tak z mojej uciechy nie wyszło nic. A nauczyciel Toliński tak był lubiany przeze mnie i umiał prowadzić takie wycieczki !
Najgorsze ze wspomnień to moje doświadczenia, gdy byłem furmanem i kierowałem czarnym wołem, który był siłą pociągową w tym gospodarstwie. Wół, dobrze zbudowany, mało sobie robił z moich nakazów, widząc małego brzdąca, który mu rozkazuje, ale musiałem sobie radzić.
Zbliżała się jesień. Woziłem obornik pod Małą Górę. Tam znajdowały się kawałki pola z tego gospodarstwa. Z obornikiem droga okrężna wynosiła ponad 3 km, była to szosa tłuczniowa, dzisiaj asfaltówka. Obornik woziło się tą okrężną drogą z powodu łagodniejszego wzniesienia, zaś z powrotem, jadąc skrótami, trzeba było zjeżdżać drogą stromą. Najgorzej bałem się zjazdu z powrotem na tak zwanym odcinku spod Małej Góry, z działu do rzeki Raby. Zawdzięczam inteligencji tego wołu, że nic złego mi się nie stało, bo w tak bystrej drodze powrotnej, ile miał sił, tyle trzymał wóz, aby wolno zjechał z tej góry. Do dziś pamiętam strach zjazdu z tego działu i trzymanie się kłonicy aby nie spaść z wozu.
Szedłem też z latarnią naftową przed tym wołem torując mu drogę, późnym wieczorem, jadąc wraz z gospodarzem po ziemniaki, ale już na niższym terenie. Wspomnę też, jak pasąc krowy (często przy szosie Mszana - Kraków), widziałem jak przejechały dwa samochody policyjne, jeden osobowy, drugi półciężarowy. W tym drugim jechało pełno policji; było to stłumienie strajku chłopskiego w Kasince Małej, nie pamiętam, ale chyba było dziewięciu zabitych i kilku rannych. Data ta utkwiła mi w pamięci: był to rok 1937.
Moja harówa, gdy przed pójściem do szkoły dosyć często dwa litry zboża na żarnie musiałem zemleć, skończyła się przypadkowo. Pewnego ranka, w niedzielę, kazano mi wygnać krowy i paść koło szosy, co więc uczyniłem; był już lekki przymrozek a ja, pasąc boso, stojąc na szosie, podnoszę nogę na nogę, aby jedną ogrzać, bo było zimno. Na szczęście nadeszła moja matka. Szła, nie pamiętam, czy z kościoła, czy do kościoła. Zapytała mnie, czemu mi nie dali butów, przecież służyłem u szewca. - Nie dali i koniec - odpowiedziałem. Wtenczas to matka podjęła decyzję i zaproponowała mi, aby w poniedziałek, jak pójdę do szkoły, ze szkoły nie wracać do Syntyrza a przyjść do domu. Jaka była moja radość! I tak zrobiłem: wróciłem z przedłużonych „wakacji" i znów znalazłem swoje miejsce w domu. Dwa wspomnienia z tych wakacji - ciężka harówa, jak na małego chłopca i drugie: zabierając wszystkie książki z myślą, że już nie wrócę w to miejsce, straciłem jeden podręcznik. Nie weszła mi książka od historii do tej torby i tak już została, więcej jej nie odzyskałem. I tak chodzenie co drugi dzień do szkoły jak i brak tego podręcznika z historii zaważyły na całym roku szkolnym, bo z historii otrzymałem dwóję i musiałem repetować w VI klasie, kończąc wakacje w październiku.
Następne wakacje były już ostatnie w moim życiu albo w ogóle ich nie było. Po zakończeniu roku szkolnego zostałem skierowany przez rodziców do następnej działalności: prac fizycznych do sąsiadów, także o nazwisku Łabuzy (Maria i Józef). Tutaj wakacje trwały od 1939 r. do 1941. Jakie wynagrodzenie miałem za poprzednie wakacje, tego nie pamiętam, natomiast za ostatnie wakacje i lata pamiętam, a było to tyle za przepracowany cały rok - w gotówce - 13 zł plus trzy dni roboty polowej wołami dla rodziców na polach rodziców, a to -półtora dnia wiosną i półtora dnia jesienią oraz l para, to jest koszula i kalesony raz w roku z własnego płótna lnianego i jeszcze trzy dni w roku urlopu, tak zwanych Godów w okresie po Bożym Narodzeniu a przed Nowym Rokiem. Odchodzącemu na Gody zwyczajem było dać bochenek chleba i coś do chleba, przeważnie słoniny, aby przez te trzy dni odchodzący miał co jeść.
Na ostatnich wakacjach w roku 1938 zakończyłem edukacje szkolną, bo ze względu ma umowę z sąsiadami a rodzicami, już musiałem pracować non stop, a zastąpić miałem u sąsiadów Jaśka Łabuza. który poszedł do wojska, do czynnej służby i na jego czas w wojsku byłem potrzebny w tym gospodarstwie. Nadeszła wojna i wszystko się pokrzyżowało - Jasiek wrócił z czynnej służby dopiero w 1946 r.. przeżył jako jeniec wojenny w Niemczech. Po powrocie mile wspominaliśmy przeżyte czasy, ale nie przewidzieliśmy, co dalej. Matka jego najwięcej przeżywała miesiące w 1939 r., do grudnia, kiedy to nadeszła pierwsza kartka pocztowa z wiadomością od Jaśka, że żyje i jest na terenie Niemiec w niewoli.
Zbliżała się wojna w 1939 r. Bieda, która gnębiła moją rodzinę, powiększała się z roku na rok. Rok czasu choroby ojca (surowego, który nigdy nie powtarzał dwa razy do dziecka, a egzekwował niewykonalność pasem i bez żadnych żartów trzymał dyscyplinę w rodzinie bardzo surową), finansowo wykańczał, nie mogła tu pomóc gospodarność matki. Mimo że obydwoje byli bardzo pracowici, warunki w kraju były podobne jak dzisiaj, w roku 1999 (dotyczy bezrobocia). W październiku 1938 r. ojciec umiera, zostawia matkę z siedmiorgiem dzieci. Na dodatek matka w ostatnim miesiącu ciąży w czternaście dni po pogrzebie ojca rodzi bliźniaki, dwie córki, a więc do wojny jest nas już dziewięcioro, wraz z matką dziesięć osób.
Rok 1937-38. Ojciec odwiedza kolegę na Glisnym, około 3 km od domu, zabiera mnie ze sobą. Po raz pierwszy widzę radio, ojciec nakłada słuchawki na głowę i słucha Londynu. Następnie kupuje i instaluje radio pan Broczkowski na Krupciówce, już wystawia głośnik za ogrodzenie, udostępniając sąsiadom słuchanie wiadomości poza ogrodzeniem, (szczególnie dziennika o dziewiętnastej), gdzie czasem chodziło się słuchać, a nadawano o Zaolziu, o Czechach, o wydarzeniach, jak to w radiu. Już w 1939 r. było więcej aparatów radiowych, a kończąc szkołę, zapamiętałem do dziś, jak mówił nam w końcowym przemówieniu na zakończenie roku szkolnego 37/38 nauczyciel Stachurski, że doczekamy takich czasów, że człowiek człowieka będzie widział przez ścianę, co dla nas było nie do uwierzenia, a stało się faktem (mam na myśli telewizję). Biedny Stachurski zginął w Oświęcimiu, nie doczekał czasu, o którym mówił nam. W szkole wyczuwało ssę. zbliżające się czasy niespokojne, ale kto mógł zgadnąć, że aż tak straszne... Jak pamiętam, mawialiśmy do żydowskich kolegów, chodzących z nami do szkoły „Żydzie, szykuj śledzie, bo Hitler jedzie".
Pomijając ciężkie warunki, w jakich się znalazła matka z pozo-siałą rodziną po śmierci ojca, ja, mimo że po sąsiedzku, będąc już na służbie, związany umową, pracowałem ciężko według swego wieku. W gospodarstwie tym były trzy krowy, dwa duże woły, owce i świnie, matka zaś posiadała kilka kawałeczków ziemi, hodując jedną lub dwie krowy. Nie posiadając siły pociągowej do obróbki tej ziemi, skazana była na odrabianie u sąsiadów za wszelkie usługi siłę pociągową.
Na służbie tej wykonywałem wszystkie czynności robocze związane z gospodarstwem: od pasienia krów i wołów, poprzez ich karmienie, po wstawanie rano po ciemku i rwanie naci w ziemniakach, aby kopiący motykami mieli czyste rzędy do kopania, a były to jakieś odmiany, że nać była zawsze zielona; pomocą w tym była latarnia naftowa, aby dojść do pola wąskimi nieraz ścieżkami, jak to w górach. W rodzinie tej, poza wspomnianym Jaśkiem, gospodarstwo prowadził jego starszy brat z matką Marią, wdową po Kazimierzu i jeszcze był szwagier Marii i tak się złożyło, że syn Marii miał na imię Józef i szwagier Marii miał imię Józef, a więc przyjęła się nazwa Stary Józef i Młody Józek (poza domem były trzy córki, ale już zamężne).
Tak czy inaczej, do roku 1939 wszystkie moje wakacje to ciężka praca młodego nastolatka, surowa dyscyplina rodzinna, a życie poza-wakacyjne to uczenie się przy lampie naftowej, chodzenie całe lato boso i posłuszeństwo wobec starszego pokolenia. Nie było kina, teatru telewizji i tylu książek do czytania; gazetę już wprawdzie czytałem, ale bardzo rzadko. Nadchodził czas wojny. Zatargi z Czechami się zakończyły. Zaolzie wróciło do macierzy, a matki synów, którzy służyli w wojsku uspokoiły się, że ich synowie nie będą wojować. Propaganda miejscowa głosiła, że ten zginął, ten ranny na Zaolziu, co okazało się nieprawda, a było opłakiwanie przez rodziny na Obłazach i u Leśniaków. Radio było już u sąsiadów Bardelów, dostępne lepiej jak u Broczkowskich. Toteż l września 1939 r. rano już po sąsiedzku wiadomość, że jest Wojna…
***
powrót
|