Zagórzanie - Mszana Dolna i okolice home| mapa serwisu
Dzisiaj jest czwartek,
11 marca 2010 roku.

Józef SZCZYPKA-"mszańskie" wątki...

 

 

"Mszańskie" wątki z książki Józefa SZCZYPKI – 

„DWA TYSIĄCE Z HAKIEM”…


„Dwa tysiące z hakiem” - to zbeletryzowany reportarz o Góralach-ZAGÓRZANACH osiedlających się zaraz po wojnie na Ziemiach Zachodnich.
Książka ta oddaje wiernie atmosferę dzieciństwa Józefa SZCZYPKI, Jego wyjazdu na tzw. ”Ziemie Odzyskane” oraz pierwsze lata tam spędzone.
Szczególnie ciekawe dla „mszańskiego” czytelnika tej książki były i są właśnie „mszańskie” wątki wspomnień Józefa SZCZYPKI, których kilka pozwolę sobie dalej zacytować. Warto wspomnieć, że Józef SZCZYPKA był także moim mszańskim rówieśnikiem, a w pierwszym roku po wojnie - podobnie jak autor strony - również członkiem mszańskiej drużyny skautowskiej. W swojej znanej tutaj książce pt. „Dwa tysiące z hakiem” - wspomina np., jak to w Dniu Zwycięstwa - 9 maja 1945 roku na rynku mszańskim: ”...Pan TOLIŃSKI paraduje w zielonej rogatywce z lilijką i dużym białym piórem. Jest wodzem miejscowych Skautów i właśnie jego drużyna występowała dziś w pełnej gali”.
Opisując późniejsze już harcerstwo na tzw. „Ziemiach Zachodnich”, J.SZCZYPKA, z pewną nostalgią wspomina też to dawne, „mszańskie”: „...A w ogóle cóż to za harcerstwo! Jak niepodobne do mszańskiego oddzialiku Pana TOLIŃSKIEGO! Tam były rogatywki i lilijki, „OJCZYZNA - NAUKA - CNOTA”, były feerie barwnych wstążeczek, chust i proporców, były podniecające magie sprawności i „marszów z podchodami”...”.
I dalej Józef SZCZYPKA tak opisuje ów Dzień Zwycięstwa:
„Jest dziewiąty dzień maja - wielki, wspaniały, rozświąteczniony. Jest rok czterdziesty piąty. Południe gęste od światła, od zieleni, wilgoci i zapachów pięknej górskiej wiosny... Miasteczko tętni ferworem. Gwar. Pan Fraś uśmiecha się różowiutko za oszklonymi drzwiami apteki. Może duma o owej famie głoszącej, iż on - znawca wszelakich mikstur - służył razem z Hitlerem w jednym z austriacko-cesarskich pułków... Infułat Skalski siedzi w plebańskim ogródku i z lubością patrzy na jasne twarze parafian kroczących wąskim, spadzistym chodniczkiem z rynku ku budynkowi z czerwonej cegły, którego już nie zdołał wykończyć infułatowy poprzednik - ksiądz Stabrawa, świętej pamięci proboszcz i męczennik...”

A oto Jego ciekawy opis „miasteczka” - Mszany Dolnej:
„Zwie się ono Mszana Dolna. Nie byle jakie: „bram cztery ułomki”... Linia kolejowa i szosa... Opodal Gorce. Spokojne, granatowe stożki wciskające się lasami w gąszcze chudych pólek chłopskich, w mocne pręgi miedz, w oślizgłe, zryte strumieniami, kamieniste dróżki. Tuż: ciężka, pokryta smrekową szczecią piramida Lubogoszcza, na poły poszarpana wyrębami i wścibskimi, wysoko pobudowanymi chałupami. Krańce „krainy kęp i wiecznej nędzy” - ziemi Władysława Orkana, który urodził się i mieszkał w odległej stąd o siedem kilometrów wsi Poręba Wielka”.

Niezwykle plastycznie opisuje też Józef SZCZYPKA swoje dziecięce wspomnienia 8-letniego wówczas chłopca - o gehennie mszańskich Żydów:

„Rok czterdziesty drugi. Wyprowadzali ich spod mostu w pewien dzień sierpniowy. „Spod mostu” - takie topograficzne określenie utarło się w Mszanie po latach, ale nie jest ono ścisłe. Tłum usadowiono w pobliżu mostu, wśród lichych olszyn nadrzecznych, na wilgotnym, przesiąkniętym rybą i żabią ikrą kamienisku. Czarna parusetosobowa rzesza ściągnięta nie tylko z Mszany i pobliskich wsi, lecz także gdzieś z Dobrej, Tymbarku, czy nawet Limanowej. Toboły byle jak spakowane, wory, teki, zagłówki dzieci, mężczyźni. Wszystko przygotowane do jakiejś tam podróży. Rano spośród mężczyzn uformowano młodą, atletyczną grupkę i poprowadzono hen w pola; po co i dokąd - nikt jeszcze nie wiedział. Oczekiwanie. Szmer odczytywanych psalmów. Żucie placków. Niecierpliwe gromadki dzieci. Drętwe, nieruchawe chwile. Ktoś dostał w twarz od wartownika. Gdzieś krótko, sucho trachnął strzał. To było niemal normalne. Aż dopiero...
Wybierano: - Ty! ! Du, Schwein! Du, verfluchter Dreck! Liczono. Sprawdzano.
Kły rozjuszonych wilczurów, wymachy kolb, krzyki dzikie, pisk dzieci, mdlejące kobiety, bici, kopani, astmatycznie świszczący nozdrzami starcy. Grupy odmaszerowały kolejno. Szosą, drogą obok dworu, a potem wśród niezżętych, cichych pól na wzgórza rozportarte nad miasteczkiem, w trawiastą niszę między dwoma dębami, nad doły głębokie, świeże, o gliniastych dnach. Wykopali je ci pierwsi.
Tutaj rozstrzeliwano.
Padali bluzgając krwią i trzepocąc dramatycznie rękoma, rósł zwał nagich trupów, bielał okropny labirynt kończyn, mieszały się pokolenia - siwe brody i ciemne skręty dziecięcych czupryn. Rzęchot niedobitych wciskał się w monotonną trzaskaninę automatów. Przed śmiercią kazano im się rozbierać, więc kiedy stali nad krawędzią osypującej się ziemi - zbezczeszczeni i bezradni - osłaniali dłońmi łona, kryli się w ciżbie, wysłuchiwali kloaki żołdackich żartów. Kobiety, dzieci, mężczyźni. Los jednakowy. Strzelały diabły esesmańskie, mierząc dobrze. Kopał po brzuchach szef nowosądeckiego Gestapo, Hamann, zwłaszcza gdy dojrzał, że ktoś pada mu do nóg, naiwnie prosząc o darowanie życia. Grzmocił bykowcem Gelb, Burgermeister in Mszana Dolna, bo nie mógł ścierpieć zakłóceń w zaplanowanym rytmie mordowania. Wirował w blaskach sierpnia pogodny dzień, lały się z nieba strumienie żaru, chybotały zwiewne obłoczki. Było ładnie, wręcz zwyczajnie i tylko pola nie chrupiały sierpami, choć to był czas żniwa, czas chłopskiej harówy. Tylko te pola ziały spokojem, bo Mszana, okoliczne osiedla - nie żyły wówczas zwykłym akordem dnia. Przykładano dłonie do czół i, stojąc w bezpiecznym oddaleniu, próbowano dojrzeć przez mgliste pasma powietrza masakrę, jakiej nie oglądała nigdy przedtem ta stara ziemia, odnotowana jeszcze na pergaminach Kazimierza Wielkiego i różnie prosperująca na jarmarku dziejów. Byli tacy, którzy tego dnia wyklękiwali na kamiennej posadzce Michałowego kościoła. Byli inni, co krzyżem żegnali owych człapiących na rzeź Landauów, Weissbergerów, Langsamów i Kannengisserów, z którymi lata całe przeżyli w sąsiedztwie i dobrej komitywie.
Prawie do zmroku warkotały automaty, aż wreszcie rozwalono całą rzeszę spod mostu, zostawiając jedynie kilkunastu silnych mężczyzn, których potem zatrudniono przy brukowaniu szos. Rozwalono... Mówmy brutalnie, szorstko, aby choć w części mizernej oddać grozę tamtego umierania, tamtej jatki pod dębami ociapkanymi krwią, mózgiem, kawałami ludzkiego mięcha.
Wieczorem Gelb sprawił ochlaj rzeźnikom...
Za parę dni spędzono chłopów z rydlami, aby wapnem i darnią przykryli doły ledwo przysłonięte ziemią i bulgoczące gęstą, czarną posoką.
Jeszcze przez kilka tygodni widywano ową pozostawioną grupkę: byli na wpół zwariowani, wyschnięci na szczapę i niemrawi. Czasem któryś spotkawszy na drodze znajomego wbijał weń wypukłe, osowiałe oczy, a czasem, próbując się rozmówić, dostawał po pysku od uważnego i uzbrojonego opiekuna w mundurze.”

A oto jeszcze niezwykle wyrazisty opis zgliszcz „bożnicy żydowskiej” (synagogi) przy starym rynku, spalonej przez Niemców:

„...Są zatem nadal ciemne, niezaskorupione gruzowiska po żydowskich chałupach - tych starych, zburzonych z rozkazu trupiogłówkowych Aryjczyków. Jest usypisko z tynku, kamieni i zbutwiałego drewna, jakie zostało po bożnicy; jest to ponure miejsce, które podobno w niewidne, najeżone wichrami wieczory łka modlitewnym śpiewem, przeciągłym i skowytliwym, choć przecież nikt z ludzi tam wtedy nie bywa...”.

***

powrót

Projekt i wykonanie Remnet Copyright © Władysław Maciejczak 2007 All Rights Reserved