Zagórzanie - Mszana Dolna i okolice home| mapa serwisu
Dzisiaj jest piątek,
12 marca 2010 roku.

Wspomnienia z historii Żydów w Mszanie

 
Mszana Dolna, 1.III.1957 r.                            Aleksander Kalczyński

 

Przyczynek do historii Żydów w Mszanie Dolnej - na podstawie osobistych pamiętników Aleksandra Kalczyńskiego.

 

Aleksander KALCZYŃSKI - urodzony 10.11.1912 r. w MSZANIE DOLNEJ - znany mszański restaurator - w okresie okupacji hitlerowskiej czynny uczestnik mszańskiej konspiracji - został przez Niemców aresztowany 12 września 1941 r. - za nasłuch radiowy i przynależność do mszańskiej komórki AK...
Był więziony w gestapowskich więzieniach w Nowym Sączu i Tarnowie oraz w obozach koncentracyjnych w Oświęcimiu i Sachsenhausen, które szczęśliwie przeżył i wrócił do MSZANY DOLNEJ po wyzwoleniu obozu w Sachsenhausen przez aliantów - w dniu 2.05.1945 r...
W całym okresie powojennym był m.in. czynnym członkiem mszańskiego oddziału PTL oraz autorem wielu publikacji dotyczących Jego rodzinnego miasta - MSZANY DOLNEJ...


***


Jak koszmarny sen minęły niewiarygodnie okropne lata wojny, więzień, obozów, straszliwie nieludzkich cierpień, czasy pogardy i nienawiści. Chciałoby się o nich zapomnieć bezpowrotnie i nigdy do nich nie wracać, nawet we wspomnieniach.
Lecz oto, niestety wkraczamy tym razem w groźne „atomowe” lata z ciemną, niepokojącą przyszłością. „Za dzień, za chwilę nie będzie nas, nie będzie nas” - śpiewa nowe pokolenie, a my nie zdążyliśmy jeszcze rozliczyć się, utrwalić historii tamtych dni. Coraz mniej jest tych co mogą opowiedzieć o Polsce, o Mszanie przedwojennej i wojennej. My, którzy byliśmy świadkami czy wręcz uczestnikami tamtych wydarzeń, musimy, mamy nawet obowiązek utrwalić te czasy pełne niesamowitych przeobrażeń w naszym życiu.
Przyszłe pokolenia będą z pewnością ciekawe, jak współżyliśmy na tym terenie z Żydami, których w naszym miasteczku było prawie 50%. Jacy Oni byli, jak żyli? Pozwólcie zatem, że spróbuję na tle naszego miasteczka Mszany Dolnej, w oparciu o osobiste przeżycia, przedstawić tę społeczność. Opowiem może chaotycznie, nieskładnie, ale zebrane tu wszystkie fakty są prawdziwe. Cieszyłbym się bardzo, gdyby tu zebrani mogli coś dorzucić do tej mojej historii, bo przecież razem wychowywaliśmy się z tymi współmieszkańcami Mszany, żyliśmy w cieniu Lubonia, Szczebla, Lubogoszczy, Śnieżnicy, Turbacza.
Przekazana ustnie historia mówi, że pierwszymi Żydami, którzy osiedlili się w Mszanie Dolnej, byli karczmarze. Harendowali oni karczmy od właścicieli dworu. Najstarsza karczma była na rogu dzisiejszych ulic Nowotki i Fabrycznej. Karczma ta była w pobliżu kościoła i cmentarza, które znajdowały się na miejscu dzisiejszej poczty -”Na Stawarce”. W czasie wielkiej powodzi cmentarz i kościół zabrała woda. Prababka moja - Krupińska opowiadała, że trumny płynęły Mszanką. Następna karczma była na rogu obecnych ulic 1 Maja i Kościelnej (dziś sklep żelazny), zwana propinacją. Później znajdowało się tu niesławnie zlikwidowane „Kółko Rolnicze”,
W samym środku Rynku był Ratusz, a w nim karczma, którą przeniesiono do Seslera - na rogu Rynku, tam gdzie mieszkał p.Grzywacz. Dalsza karczma była u Fabra w Olszynach. W niej ustawicznie odbywamy się bójki między Gronoszowianami i Porębianami.
Karczma na pograniczu Mszana - Kasinka, za mostem u Szmida miała duże powodzenie. Taką samą sławę i powodzenie miała karczma za Rabą, a także na „Przymiarkach”, którą prowadziła do II wojny światowej, rodzina powszechnie znanych Zollmanów. Mieli oni stale kłopoty z policją, podobno podrabiali pieniądze. Uważano ich za milionerów, bankierów. Finansowali wszystkie żydowskie sklepy na Słomce: Lewka prowadzącego skład drzewa, Wolfa - „Bławaty”, Burka - „Zardzewiałego” - żelazo, naftę, smary, Bieńka Leisera - nawozy sztuczne. I jeszcze jedna karczma / koło obecnej gminy/ - Sterna - Weinbergera.
Interesujący z pewnością jest fakt, że na starych mapach austriackich ani Mszana ani Rabka nie są notowane, natomiast mocno zaznaczony jest Niedźwiedź. Po roku 1885, kiedy zbudowano „cesarkę” (bitą drogę) przez Mszanę oraz kolej, centrum handlowe, będące dotychczas w Niedźwiedziu, dzięki istniejącej tam hucie szkła, przeniosło się teraz do Mszany, wśród nich Krupińscy, Magierscy, Witany, Michorczyki, Sterny, Franczaki, Weissbergerzy.
W tym już czasie budowano Synagogę, bo napływ do Mszany wyznawców religii mojżeszowej był tak duży, że w roku 1939 - jak już wcześniej zaznaczono - stanowili 50% mieszkańców. Sobota- szabas były świętem dla całej Mazany Dolnej. Sklepy prawie wszystkie zamknięte, warsztaty rzemieślnicze - również. Ulicami spacerowym krokiem Żydzi podążali do Bożnicy, osobno Żydówki. Mężczyźni ubrani odświętnie w długie, czarne jupice, białe pończochy, czarne lakierowane buty i jarmułki - lisice (ograbki). Żydówki ubrane na ciemno, w wyfryzowanych perukach, w pięknych koronkowych szalach na ramionach.
Społeczność Mszany o dwóch odmiennych religiach, żyła zgodnie. Mieszkańcy miasteczka jak i z okolicznych wsi gazdowie byli zadowoleni z obsługi handlowej i rzemieślniczej, bo prawie wszystkie te zakłady prowadzili Żydzi. Konkurencja była duża. Kupcy starali się być grzeczni i sprawnie obsłużyć klienta. Tak samo rzemieślnicy: fachowo, starannie, dokładnie wykonywali swą pracę.
Żydowska społeczność była bardzo ruchliwa, ludzie ci dużo podróżowali, nie tylko w celach handlowych: studiowali, leczyli się za granicą, władali też wieloma językami. Jeden z bogatych Żydów, zapytany przez mego Ojca ile razy był w Karlsbadzie na leczeniu, odpowiedział: co roku już tam jeżdżę przez całe 10 lat.
Żydzi założyli dużą, dobrze zaopatrzoną bibliotekę, z której korzystali również katolicy, można było tam wypożyczyć każdą interesującą książkę. Jedyna łaźnia na tutejszym terenie była własnością Gminy Żydowskiej. Z niej również wszyscy korzystali. Żydzi mieli dobrze zorganizowany Związek Kupców i Rzemieślników w oparciu o kahał.
Jako przeciwstawna Związkowi Żydowskiemu powstała w Mszanie „Kongregacja Kupiecka”. Został ufundowany sztandar cechowy a właściwie cechu i Kongregacji Kupieckiej, bo to był wspólny koszt. Prawie wszyscy członkowie cechu należeli równocześnie do Kongregacji.
Ostatnim cechmistrzem w Mszanie Dolnej był Franciszek Stożek ( po śmierci Józefa Mitany, który został zastrzelony w 1939 r.).
Gmina Żydowska zarządzała rygorystycznie Związkiem kupców i rzemieślników żydowskich. Każda skarga na kupca lub rzemieślnika żydowskiego była rozpatrywana natychmiast i ewentualnie egzekwowana. Toteż ludność katolicka miała duże zaufanie do tej instytucji. Niejednokrotnie słyszałem pogróżki: „Ty taki, owaki, Ja pójdę do kahału i poskarżę się na Ciebie!” Zawsze to pomagało, bo kupiec czy rzemieślnik bał się nagany.
W synagodze była szkoła żydowska, przedszkolaki uczyły się tam na pamięć talmudu, głośno recytując całe wersety. Przy otwartych oknach latem słychać było tam hajder na cały rynek. Po ukończeniu hajderu ( tak nazywaliśmy tę szkołę) część chłopców chodziła do szkoły podstawowej razem z nami, toteż mieliśmy kolegów Żydów, nawiązywaliśmy przyjaźnie na lata dorosłe.
Mszańska rzeźnia była bardzo ruchliwym centrum rzemieślniczo - handlowym, tu przywożono z całej okolicy setki cieląt i bydła, nawet z Nowego Targu i Starego Sącza z jarmarku. Po zabiciu i po rozczłonowaniu mięsa, wywożono je do Krakowa do szpitali i do wojska. Głównymi dostawcami byli Turnerzy, Schtambergerzy (Wygryź), całe osiedle „Za wodą” (u Steczka) żyło z. pracy w rzeźni. Mieszkali tam Żydzi i katolicy. Dzieci wychowywały się razem, bawiąc się na rzece, wszystkie mówiły po polsku i żydowsku. Starsi kochali się po katolicku i żydowsku. Do dziś nie wiadomo kto jest kim.
Od czasu do czasu przyjeżdżał do kahału mszańskiego cudowny rabin z Bobowej -Halbestein. W ten dzień w Mszanie było święto, sklepy były zamknięte, Żydzi świątecznie ubrani i w lisicach i jarmułkach na głowie, w chałatach, w białych pończochach, witali na stacji kolejowej przyjeżdżającego Rebe. Rabin siadał na wóz, a tłum Żydów otaczał jadącego w kierunku synagogi. Każdy witający starał się przynajmniej dotknąć wozu, na którym siedział Rebe. Po dotknięciu Rebe lub tylko wozu cmokali głośno. Dlatego nazywaliśmy Ich cmokerami. Scena z cmokerami powtarzała się również przy pożegnaniu Rebe.
Cała Mszana od Gronoszowej po Zakręt wszystkie nie zabudowane place miała wykorzystane na składowiska drewna. Tu strugano je z kory, cięto na metraki, sortowano, dowożono do wagonów na pobliskiej stacji kolejowej. Od wczesnego rana do późnej nocy szczególnie zimą, jechały furmanki z drewnem. Często powstawały na drogach kilkaset metrowe zatory.
Na gospodarczych mapach Polski Mszana była zaznaczona jako największy graficznie słupek handlu drewnem. Nic dziwnego skoro były tu firmy, które osiągały zawrotne sumy obrotów i mogły sobie pozwolić na różne śmiałe pociągnięcia handlowe. I tak: dwie firmy konkurujące w skupie drewna potrafiły stracić w krótkim czasie po 40 tyś. dolarów.
Cały ten handel drewnem był w rękach Żydów polskich i niemieckich. Istniała na tym terenie tylko mała firma z drzewem: Ignacy Łazowski i Julian Kalczyńskl jako katolicka.
Gdy się przechodziło w tym czasie ulicami Mszany, pachniało lasem, żywicą. Te zapachy były prócz gór i rzeki doskonałą reklamą. Toteż w lecie mieliśmy pełno letników z całej Polski a w szczególności z Warszawy. Był nawet specjalny wagon Mszana - Warszawa. Żydówki, które przyjeżdżały na letnisko były krzewicielkami najnowszej mody.
Do moich lokatorów przyjeżdżała na letnisko kuzynka, która w ciągu dnia podobno przebierała się 20 razy. Tak twierdziły nasze Panią zazdroszcząc pięknych strojów ładnej Żydówce.
Żydzi w Mszanie Jak i w sąsiednich miasteczkach to pobożni chasydzi. Natomiast młodzież i inteligencja była bardziej lewicowa o poglądach trockistowskich. Ale w sądny dzień wszyscy maszerowali do .synagogi.
W roku 1918, w dniach kiedy powstawała Polska, wieczorem ulicami Mszany maszerował spory tłum ludzi śpiewając i krzycząc. Po drodze rozbili restaurację Kleinmanna, powybijali szyby, połamali stoły i krzesła. Noc była spokojna, księżycowa, brzęk wybijanych szyb, łomot łamanych sprzętów słychać było na całe osiedle. Po chwili ten cały tłum podszedł pod nasz dom. Zatrzymali się i naradzali na głos: czy mamy Kalczyńskich rabować, czy nie? Były głośne targi „za i przeciw”. Ktoś jednak (chyba szewc Jania) przekrzyczał innych i zakomenderował: idziemy do Sterna. Tłum ruszył i za chwilę usłyszeliśmy wybijanie szyb u Sterna.
W czasie narady tłumu przed naszymi oknami staliśmy w dużej sali. Ojciec, matka i my troje dzieci. Tej nocy gawiedź ta przeszła przez wszystkie knajpy, niszcząc, rabując. U Sterna tak się rozochocili, że jeden z nich (Krzyżowski) wyskoczył na stół i ogłosił się Królem Polski. Wszyscy tam obecni krzyczeli, wiwatowali: niech nam żyje Polski Król. Nieśli go ulicą na ramionach. W tej gawiedzi było sporo Żydków (Wygrysie).
To królowanie skończyło się po paru dniach, bo z Nowego Sącza przysłano paru policjantów, którzy objęli służbę porządkową. Niemniej przez długie lata zwracano się żartobliwie do Krzyżowskiego: ”Królu Polski”. Po jakimś czasie nastąpiła stabilizacja i Żydzi sądownie dochodzili odszkodowań za rabunek i dewastację.
W tych samych dniach i księżycowych nocach przyszła gromada chłopów z Lubomierza na rabunek Mszany, z workami na plecach i kijami w rękach. Szli gromadnie do skrzyżowania dróg. Tu zagrodziła im drogę cywilna milicja, którą utworzył i dowodził dr. Władysław Czapliński.
Mój ojciec był ważną podporą komendanta - doktora choćby z tej racji, że tylko on miał olbrzymiego nagana (wprawdzie bez nabojów). Doktor donośnym głosem zakomenderował: Lubomierzanie zawróćcie do domów bo będziemy strzelać. Zaskoczeni niedoszli rabusie wycofali się.
Ojciec mój miał 4 domy, dzierżawił w nich Żydom mieszkania. Jako dzieci bawiliśmy się na podwórkach i nad rzeką całą gromadą. Najmłodszych pilnował stary Eberschtag - Giecek. Siedział on na wygodnym fotelu, bez przerwy palił fajkę na długim może metrowym cybuchu. Często siedziałem na jego kolanach, karmił mnie różnymi łakociami. Bardzo lubiłem tego starca. Koledzy i w domu przezywali mnie : mały Giecek. Tak zostało przez lata a w czasie okupacji było to moje pseudo.
W jednej z szop naszego gospodarstwa jakiś czas zamieszkiwał opętaniec, ogromny Żyd. Głowa zwichrzona długimi włosami, broda do pasa, ubrany był w długi czarny podarty chałat przepasany czasem porosłem ze słomy, bez ubrania i bielizny. W ręce trzymał kostur. Rozstawionym niepewnym krokiem posuwał się do przodu. My dzieci biegaliśmy za nim i wołali: „Tyś chciał wojny!”, „Tyś chciał wojny!” Gniewał się i swym kosturem opędzał się, ale my wytrwale prześladowaliśmy go tym krzykiem, aż się oddalił,
Trzecim bohaterem był Ici Sura, ojciec jedenaściorga dzieci. Częściowo utrzymywał go kahał. Z zawodu był rzeźnikiem, ale całe dnie spędzał na łowieniu ryb na rękę. A ręce miał cienkie, delikatne jak panienka, był ekspresowym dostawcą ryb. W ciągu godziny potrafił nałapać 3 - 5 kg pstrągów. Znał na pamięć wszystkie „baniosy” w całej okolicy, toteż wiedział gdzie są mateczniki pstrągów. Wyznawał osobliwą filozofię i często powtarzał: „Olek, my żyjemy! Nie! Nam się zdaje, że my żyjemy, my wcale nie żyjemy !”.
Graliśmy razem na państwowej loterii, składającej się na ćwiartkę losu (10zł). Los kupowaliśmy w kolekturze cudownego rabina Halbersteina w Bobowej. Za którymś razem Ici zdenerwował się i nie chciał wpłacić należytej części przypadającej na los. Oświadczył: ja nie gram. Mam w nosie cudownego Rabina. Toteż musiałem sam wpłacić za niego, ale uroczyście zastrzegłem, żeby nie miał do mnie pretensji jak wygram, a przecież on wie, że Ja Olek Jestem „Glucksmann”. Codziennie rano Żydzi zmieniali w mojej restauracji pieniądze na szczęście. Nic nie pomogło, żadne straszenie ani namowy. Nie wpłacił swej części.
Nadszedł dzień ciągnienia. Olejassy, T.Pindela, J.Krupiński popijaliśmy przy stoliku i dla żartów zaczęli mi gratulować głównej wygranej (ćwierć miliona), którą rzekomo wygrałem w kolekturze Halbersteina. Listonosz Zimmer, należący do zmowy, wręczył mi na oryginalnym druku telegram zawiadamiający o wygranej. Naturalnie ja udając uradowanego, stawiałem wódkę za wódką. Coraz więcej gości przybywało do restauracji, którzy gratulowali mi. Przed domem powstało zbiegowisko Żydów, wszyscy powtarzali : Olek wygrał !.
W pewnej chwili na poły przytomny do sali wpadł Ici Sura krzycząc; „Olek czy to prawda?”. W odpowiedzi dałem mu telegram do przeczytania. .Pobladł. Pocieszając go mówiłem: Ja nie wierzę, zamówiłem telefon do kolektury. Ici stój tam przy telefonie, bo jestem bardzo zdenerwowany i przez to nie potrafię odczytać cyfry. Masz tu numery, ołówek i notuj!.
Jan Krupiński poszedł do domu i połączył się z moim mieszkaniem. Udając Halbersteina podał numery Iciemu wygranego losu. Ici sprawdził numery na ćwiartce losu i zemdlał z wrażenia. Po otrzeźwieniu wypłakał na mnie 50 tyś.zł. Tyle mu obiecałem jak otrzymam pieniądze. Ale cała zabawa nie trwała długo, bo zazdrośni sąsiedzi i Żydzi sprawdzili wygraną telefonicznie w Bobowej,
Jeszcze jeden lokator któregośmy lubili i traktowali z pewna pobłażliwością, to Uryś - Muzykant. Miał On dużo dzieci, rodziną opiekował się kahał, Uryś całymi dniami grał na skrzypcach, do innej pracy to On nie miał pomyślunku. Żona jego załamywała ręce, bo bieda u nich była wielka a Jego nic nie obchodziło tylko grał. Nic nie pomagały lamenty żony. Czasem chodził na wesela skąd przynosił kołacze dla dzieci i wtedy u Urysia było święto, grał same wesołe kawałki. Sąsiedzi Urysia to nasi lokatorzy. Krawiec Neuger, handlarz ubraniami Mnosiek gniewali się, że ten jadł trefne kołacze, a w szczególności i za to, że obcinał na niemiecką modę brodę.
W Olszynach na przedmieściu żyło parę rodzin Żydowskich. Z „postępowych” - wielokrotny milioner Langsam (Ślepy) prowadził duży wielobranżowy sklep, skład nawozów i maszyn rolniczych. Syn jego Dudek mój serdeczny kolega, był inicjatorem założenia biblioteki.
Sąsiadem ich był Gietz „U Cypy” - właściciel sklepu spożywczego. Następnie rodzina Feuersteina - dzierżawcy tartaku hrabiego Krasińskiego. Wytwórnię cukierków - sztalwerków prowadził Izak Widawski. Wszyscy na tym osiedlu byli bogaci, ubierający się po europejsku, nie nosili bród ani pejsów, toteż chasydzi z rynku nie kochali ich.
Ciekawą postacią był starszy, modnie ubrany Frei, zawodowy karciarz - gracz. Podobno w Monte Carlo rozbił bank, ale w następny wieczór wszystko przegrał i powrócił do Mszany pieszo. Pytałem go o tę przeszłość, ale nigdy nie chciał na ten temat mówić. Podziwialiśmy jego niewiarygodne sztuczki, jakie .umiał robić z kartami. Często jeździł do Krakowa do Polera na występy. Tam było nieoficjalne kasyno gry. Czasem powracał zadowolony i uszczęśliwiony oświadczał: teraz mogę parę miesięcy wypocząć.
Podobnie eleganckim, postępowym Żydem był Weissberger, prowadzący sklep żelazny (koło Gminy). Doskonały szachista, wszystkie partie wygrywał. A każdy chciał z nim grać, toteż codziennie miał nowych partnerów. Poza tym był genialnie przewidującym politykiem, oczytanym w literaturze światowej.
„Na Aderówce” mieszkała rodzina właściciela dużego tartaku jak też fabryki mebli giętych w Jazowsku - Aderzy. Utrzymywali oni kontakty z krewnymi w Wiedniu (sławny Radek był ich kuzynem), toteż często przyjeżdżali do Mszany z Wiednia ich powinowaci. Najwięcej kontaktowaliśmy się z kuzynem - Edim, naszym rówieśnikiem, który co roku przyjeżdżał, by z nami trochę powędrować po górach. Chodziliśmy na Turbacz, na Babią i w Tatry. Edi był krótkowidzem i z tej racji mieliśmy nieraz wiele kłopotu. Lubiliśmy go bo był dobrym kolegą, w drodze mówił bardzo ciekawie o bieżących wydarzeniach polityki europejskiej.
Nadeszły dni sierpnia 1939 r. W mojej restauracji radio było włączone cały dzień. Wielu Żydów przychodziło słuchać bieżących wiadomości. Były to dni nerwowe, żyliśmy w oczekiwaniu na najgorsze tj. wypowiedzenie wojny. Hitler w jednej ze swych mów z kpiną i butą powiedział o Żydach „nawet Jehowa wam nie pomoże”. Słuchając Żydzi byli oburzeni: „On bluźni, Jehowa go ukarze! To jest napisane w Talmudzie!” - Olek zobaczysz, doczekasz, pamiętaj, będziesz widział jego klęskę!
Nikt nigdy nie mówił do mnie tak mocno żarliwie. Później nieraz w obozie w ciężkich chwilach myślałem o tym i pocieszałem się: przecież Żydzi mszańscy prorokowali mi, że zobaczę pokonanego Hitlera, a zatem wszystko muszę ścierpieć i wytrzymać.
Dał Bóg, że dotrwałem i zobaczyłem. To było później. Będąc w 1945r, w Norymberdze - ja były więzień Oświęcimia, jeszcze ubrany w pasiaki stałem na trybunie w miejscu, gdzie Hitler odbywał defilady. Niżej na schodach rozbite, rozłupane hakenkroutze - ozdoby tej trybuny. I wtedy miałem w oczach tych mszańskich Żydów krzyczących: „Olek będziesz widział - Jehowa go ukarze!”. Aby bardziej zbezcześcić to miejsce plułem i deptałem, aż bodący tam żołnierze amerykańscy bili mi brawo i fotografowali.
Ale wróćmy jeszcze do dni sierpnia 1939 r., które w ogromnym napięciu jednak szybko mijały. Nadszedł nieubłaganie ranek 1 września. Wojna! Wojsko Polskie wycofało się z naszych terenów. Niemcy natychmiast po wkroczeniu do Mszany zastosowali represje do ludności a szczególnie do Żydów. Często słyszało się: „Die echte galizische duden” i z tymi słowami obcinali pejsy i brody wystraszonym Żydom.
Zaraz też zorganizowali kolumnę roboczą do naprawy drogi, złożoną wyłącznie z Żydów i w tej akcji bijąc pejczami, drągami nienawykłych do pracy fizycznej poganiali: Schnell, schnell!”.Poza tym rabowali składy, sklepy, mieszkania, nie tylko zresztą żydowskie (Kalczyńskich sklep i mieszkanie, Janiego Franciszka).
Stary Stern zrzekł się wójtostwa Gminy żydowskiej na rzecz Joska Turnera, który zresztą niedługo potem został aresztowany i wywieziony do Nowego Sącza, gdzie zginął z rąk oprawców. Na jego miejsce wybrano Dudka Langsama. W tym okrasie przyszedł do władzy osławiony „Burgermeister” Gelb, który za wszelką cenę chciał zrobić duży majątek, toteż „prawem i lewem” wyciskał na Żydach okup w postaci dolarów, złota, biżuterii. Wójt Dudek Langsam niedługo też został aresztowany i zastrzelony dlatego, że przechowywał bez zameldowania właścicielkę sklepu „Delka - obuwie” w Krakowie. Niewiasta ta w szoku nerwowym pobiegła do gminy krzycząc głośno, obiecywała Gelbowi worek brylantów za uratowanie jej życia. Gelb uspokajał i kazał prowadzić się. na miejsce przechowywanych brylantów.
Właścicielka wskazała budę psa na podwórku Langsama, pod którą były ukryte brylanty. Siostra Dudka na widok tego rabunku zwymyślała Gelbowi i jego pomocnikom, za co natychmiast ją związano i poprowadzono w kierunku urzędu gminnego. Po drodze w parku hrabiny Krasińskiej, Gelb zastrzelił ją i kierowniczkę - właścicielkę „Delki” (według relacji Gienka Furdyny).
Gelb codziennie skierowywał żydowskie kolumny robocze do różnych prac. Między innymi do budowy drogi i ośrodka zarybieniowego. Czysto przed wyruszeniem kolumn do pracy Gelb zarządzał meczącą gimnastykę, zmuszając delikwentów do przysiadów, padnięć i jego sławnych „rollen”. Kto padł z wyczerpania tego kazał oblać wodą. Nad pracującą kolumną m.in. czuwał Józek(Pajdzie). Był przekupiony, zatem wódki mu nie brakowało, więc upijał się do nieprzytomności i szybko zasypiał. Czysto jednak dostawał furii i katował ludzi.
Po upadku Francji Gelb jak i miejscowi „Volksdeutsche” byli przekonani, że postawili na dobrą kartę i teraz należy im się nagroda, mogą zatem bezkarnie rabować mienie obywateli Polaków i Żydów. Najpierw rozrabowali olbrzymie składy drewna, zajęły się tym firmy austriackie. Sklepy i magazyny rabowali indywidualnie Volksdeutsche. Osobliwością na miarę, krajową w Mszanie były żółte pasy - szmaty którymi musieli się obwiązywać Żydzi. Był to pomysł Gelba. Po roku zastąpiono pasy gwiazdą Dawida, obowiązującą w całej Guberni, mieszkania żydowskie były całe przeludnione uciekinierami z innych miast. Pomimo tego Gelb skonfiskował kilkanaście mieszkać dla swych pupili, zagęszczając przy tym mieszkania do nieprawdopodobnych warunków.
Prawie wszyscy Żydzi mszańscy wyemancypowali się w ten sposób, że zgolili brody, pejsy, pragnąc uniknąć stałych szykan ze strony Niemców, którzy wciąż mieli uciechę znajdując „die echte galizische Juden” by móc ponaigrywać się z bezbronnych. Dla nich Gelb utworzył teatr żydowski, tj, ściągał po kilku chorych starców z łóżek, którzy nigdzie nie wychodzili z domów więc zachowali brody i pejsy. Każąc im ubranym w czarne chałaty, białe pończochy, jarmułki, lisice tańczyć i śpiewać przed panami Niemcami, zazwyczaj pijanymi i rozbawionymi.
Gelb od czasu do czasu żądał od Żydów okupu, wyznaczając przy tym krótki termin. W takiej sytuacji zwracali się oni do bogatszych obywateli katolików, prosząc ich o pomoc. Nigdy nie odmówiono pomocy, nie licząc zresztą na zwrot tych kosztów.
Dla całej okolicy przykładem był ks. Stabrawa, który przed wojną wprawdzie walczył o uniezależnienie się ekonomiczne ludności katolickiej od Żydów. Wszyscy przypuszczali więc, że jest zdecydowanym antysemitą. Obecnie w kazaniach Ksiądz nawoływał, że jest obowiązkiem nieść pomoc ludowi, z którego narodził się Jezus Chrystus. To co Ksiądz powiedział na kazaniu, stało się prawem, rozkazem, toteż żaden Żyd nie wyszedł z domu katolickiego głodny, pomagano im i w inny sposób, dając obuwie, ciepłą bieliznę i inne rzeczy.
Każdy Żyd był dla nas żywym przypomnieniem czasów przedwojennych, kiedy to wszystko można było kupić w sklepach z uprzejmą obsługą i wszystko wynaprawiać za grosze u doskonałych rzemieślników, pomagając im do przetrwania tej okrutnej rzeczywistości. Byliśmy pewni, że doczekamy się razem z nimi zwycięstwa i dokonamy odbudowy, że znowu bodziemy razem żyć na tej beskidzkiej ziemi, ziemi twardej, skalistej, ale pięknej i dotychczas spokojnej. Jak się okazało do czasu.
Gelb przy Gminie Żydowskiej zorganizował „Wartę żydowską”. Składała się ona z wielu byłych wojskowych. Celem jej było miedzy innymi egzekwowanie na opornych współziomkach kontrybucji nakładanych przez Gelba lub Gestapo. Dudek Langsam, potem Aron Turner, chwaląc się wojskowym wyglądem warty żydowskiej niejednokrotnie oświadczali, że jak zajdzie potrzeba to chłopcy będą walczyć. Wiadomo było, że broń kupowali u Niemców, sporo też mieli sprzed wojny. Niestety całą tę grupę Niemcy podstępnie zwabili pod pozorem budowy baraku i na miejscu zbiórki rozstrzelali (Leszczyna, Cegielnia). Zginęły 22 osoby. Stało się to 1 maja 1942 r. pod Leszczyną. Tylko jednemu z nich udało się zbiec - Landowi Wetzerowi, nauczycielowi z Krakowa. Niestety i tego po kilku dniach schwytano i rozstrzelano (chłopi skutego łańcuchami oddali żandarmerii).
Likwidacja najenergiczniejszych osłabiła wolę walki u reszty. Do dziś nie wiadomo, czy Gestapo wykryło organizacją żydowską, czy zadziałało profilaktycznie ze strachu przed byłymi wojskowymi. Żydzi pędzeni ustawicznie do ciężkich bezsensownych prac, wymęczeni i zmaltretowani niedostatkiem, głodem, obrabowani z pieniędzy, biżuterii, ubrań, ulegli mistycyzmowi Talmudu, w którym było proroctwo, że w roku, w którym nie będzie przepiórek, oni wszyscy zginą. Ogarnięci religijnym fatalizmem wypytywali wszystkich: „Czy widzieliście tego roku przepiórki?”. Istotnie przepiórek nie było. Mijały ciężkie dni życia okupacyjnego, ogromnego napięcia, aż nieodwołalnie nadszedł dzień zagłady mszańskich Żydów. Stało się to 19 sierpnia 1942 r. Nieszczęsnego dnia Gelb nakazał wszystkim Żydom zdolnym do pracy, a także chorym i dzieciom zebrać się na placu w Olszynach. Tam czekało na nich Gestapo z Nowego Sącza z Hamanem na czele oraz paru milicjantów granatowych. Wszystkim zebranym na placu kazali położyć się twarzą do ziemi, następnie odliczyć do 50. Z każdej pięćdziesiątki wybierano po kilku zdolnych do pracy, reszty w szeregu popędzono na wzgórze zwane „Pańskim”. Zdrowi musieli nieść chorych i niemowlęta. Na wzgórzu w potoku od paru dni był przygotowany olbrzymi dół -grób.
Po przypędzeniu grupy nad wykopaną jamę, kazano im się rozebrać i wówczas jeden z gestapowców po kolei nad dołem strzelał im w tył głowy. Siostry Weissbergerówne i stary Frei stawiali opór. Niestety pomocnicy katów „Junacy” dowlekli ich na brzeg dołu. W tej masakrze zamordowano parę rodzin katolickich pochodzenia żydowskiego m.in. Emila Rosenstoka, któremu Gelb przyrzekł, że nic mu się złego nie stanie, o ile tylko przyjdzie na plac zbiórki. Tak samo obiecywał Annie Śliwińskiej, rodzinie Gotlibów i ich dwojga małym dzieciom.
Przy życiu po selekcji, zostawiono grupę roboczą złożoną ze 130 młodych, zdrowych ludzi. W późniejszym czasie i tych rozstrzelano, względnie wywieziono do obozów zagłady. Z tej grupy uratował się tylko inż. Leo Gatterer, przeżywszy Oświęcim i inne obozy.
W tym dniu t.j. 19.VIII,1942 r.w Mszanie kilku gestapowców i granat. pol. wymordowało 881 osoby, pochodzenia żydowskiego.
Paru gazdów, wśród nich Kasper Zapała w Lubomierzu, Władysław Wacławik, Fredek Wcisło - przechowywali Żydów przez kilka miesięcy lub do końca wojny. Kilka rodzin Żydów z Mszany zdołało się uratować, to byli ci, którzy pozostali w czasie ucieczki w. 1939 r. na wschodzie Polski.
Ebecnie mieszkają w Nowym Jorku, Chicago, Australii, Paryżu, Wiedniu, Frankfucie nad Menem. Starzy obywatele Mszany często życzliwie wspominają czasy wspólnego życia Żydów i Polaków na naszej gorczańskiej ziemi.

Mszana Dolna, 1.III.1957 r.                                 Aleksander Kalczyński

 

powrót

Projekt i wykonanie Remnet Copyright © Władysław Maciejczak 2007 All Rights Reserved